Homo pacjent

Po polsku

Dysleksja, dysortografia, dysgrafia, dyskalkulia to nowe, „uczone” nazwy naszych tradycyjnych, edukacyjnych udręk. To nie tylko jednak zmiana nazw. Postępuje za nią przeobrażenie podejścia do ludzkich problemów, a w ślad za tym do borykającego się z nimi człowieczego podmiotu.

Pewnie zresztą to dopiero początek. Jeśli nasze kłopoty z mówieniem i pisaniem, ortografia i matematyka zostały zdiagnozowane jako osobne jednostki chorobowe, to należy oczekiwać, że wszelkie ludzkie trudności i wady zostaną zaklasyfikowane i trafią do medycznych leksykonów. Zamiast staroświeckiego przełamywania niedostatków poprzez wysiłek i pracę oczekiwać będziemy, że grono specjalistów postawi nam odpowiednią diagnozę, a następnie zastosuje właściwą kurację, czyli załatwi za nas nasze sprawy.

Mieści się to w cywilizacyjnej tendencji, która – wbrew realnej wiedzy naukowej coraz wyraźniej zakreślającej swoje limity – bezrefleksyjnie przyjmuje, że nauka jest odpowiedzią na wszelkie problemy. Stąd rojenia o pigułce nieśmiertelności czy zabiegach pozwalających się nam cieszyć wieczną młodością. Siłą rzeczy jednak owo naiwne wyobrażenie nauki, czego nie dostrzegają jego wyznawcy, urzeczowia człowieka, pozbawia go podmiotowości i godności. Jeśli bowiem od zabiegów i preparatów zależy ludzka pełnia i doskonałość, to – abstrahując od całej paradoksalności tej koncepcji – człowiek jest tylko mechanizmem, który dowolnie można nastawiać i ulepszać. Jest więc pozbawiony wolności, gdyż kategoria wolności w odniesieniu do automatów nie ma w ogóle zastosowania.

W szpitalu nowej cywilizacji

Choroba to coś od nas niezależnego. Zwykle przynosi ją czynnik zewnętrzny: obcy organizm, albo długotrwałe, niekorzystne warunki niszczące naszą biologiczną równowagę. Aby dać sobie z nią radę, odwołujemy się do specjalistów, którzy przygotowują dla nas zestaw specjalnych środków: leków, zabiegów, wskazań dotyczących naszego trybu życia. To od tej zewnętrznej interwencji zależy nasze uzdrowienie, czyli przywrócenie organizmu do stanu równowagi. Nasz udział w tych działaniach zredukowany jest zwykle do zgody na kurację i przestrzegania jej zaleceń. Tradycyjnie zresztą chory poddany kuracji, czyli pacjent, zostaje w mniejszym lub większym stopniu ubezwłasnowolniony.

Jeśli wszelkie nasze przypadłości mają chorobowy charakter, to człowiek zostaje zredukowany do roli pacjenta w wielkim szpitalu nowej cywilizacji. Charakter człowieka to w tej samej mierze jego wady co zalety, jeśli więc wszelkie wady czy słabostki stają się chorobami, to czym są jego zalety? I jakim cudem profesjonaliści leczący go z owych chorób duszy są w stanie wznieść się ponad status pacjentów i uwolnić od trudności, z jakimi normalny człowiek nie potrafi dać sobie rady? Nad tym wyznawcy „naukowego” światopoglądu się nie zastanawiają.

Na pierwszy rzut oka redukcja człowieka do roli pacjenta wygląda atrakcyjnie. Za nic nie odpowiada, gdyż chory nie odpowiada za swoją chorobę. Pozbywamy się w ten sposób najbardziej dotkliwej konsekwencji odpowiedzialności, ciężaru winy – tradycyjnie grzechu. Problem w tym, że gdy niknie odpowiedzialność, ulatnia się także wolność. W efekcie zaczynamy postrzegać siebie jako warunkowane z zewnątrz mechanizmy, które powinny być prowadzone przez specjalistów dbających o ich optymalny stan.

Ludzkie talenty rozłożone są nierówno. Ludzie różnią się od siebie. Kobiety różnią się od mężczyzn, starzy różnią się od młodych. Ludzie różnią się charakterem, temperamentem, zdolnościami, co więcej, w czasie życia tracą jedne możliwości na rzecz innych. Często bywa tak, że niedostatki w jednej dziedzinie kompensowane bywają przewagami w innej. Są to najprostsze, dostępne dla każdego obserwacje i intuicje. Żyjemy jednak w czasach obłąkanych ideologią równości, która mylona jest ze sprawiedliwością. Tyrania tej ideologii powoduje, że nawet najbardziej fundamentalne różnice, takie jak odmienność płci, traktowane bywają jako „kulturowe (społeczne) konstrukty”. Skoro są efektem warunków kulturowych (społecznych), to, zakładają wyznawcy równości, państwo powinno działać na rzecz ich likwidacji, czyli, zgodnie z tą koncepcją, do położenia kresu niesprawiedliwości.

Walka z nierównością to walka z naturą. Jeśli jednak człowiek tak bez reszty ukształtowany jest przez swoje społeczne otoczenie, a więc jest wyłącznie bytem kulturowym, to wszystkie jego trwałe nastawienia i charakter są od niego niezależne. Determinizm zaś można rozpoznać i zgodnie z „naukowym” światopoglądem (jest to oczywiście formuła sprzeczna wewnętrznie, gdyż nauka nie może tworzyć światopoglądów) opisać i poszukać nań środków zaradczych. Jeśli więc uznajemy pewne zachowania danego osobnika (osobników) za negatywne, to nie tylko nie wolno nam go za nie obciążać, ale też na społeczeństwie spoczywa odpowiedzialność za przywrócenie ich do oczekiwanej przez nas normy. Brak talentów w określonej dziedzinie nie może być czymś naturalnym, przecież wszyscy jesteśmy równi, jeśli więc pojawia się w rzeczywistości, to jest efektem anomalii, którą społeczeństwo ma obowiązek uleczyć.

Nie miejsce tu na analizę dwóch typów, w rzeczywistości trudnych do pogodzenia, determinizmu, które w dominujących dziś ideologiach jakoś przedziwnie łączą się ze sobą. Chodzi o determinizm społeczny i biologiczny. Obsesyjna walka z wszelkimi nierównościami i wiara, że uda się je wyeliminować w drodze społecznej inżynierii, to przyjęcie pełnego determinizmu społecznego. Objawem wiary w determinizm biologiczny jest wejście do obiegowego języka określeń, które zjawiska z dziedziny psychicznej ujmują w biologicznych kategoriach. Najbardziej uderzającym z nich jest nazywanie uczuć czy namiętności chemią – chodzi oczywiście o chemię organiczną. Sprawą niesłychanie poważną, a obrazującą to samo nastawienie, jest wiara w cudowną moc medykamentów i inżynierii genetycznej. Karykaturalnym objawem takiej wiary było przyjęcie, że rozszyfrowanie kodu genetycznego wyświetli nam tajemnicę człowieka i umożliwi dowolne i skuteczne na nim zabiegi.

Życie jako uzależnienie

Alkoholizm to przybierający charakter choroby stan uzależnienia od trunku, który uniemożliwia funkcjonowanie bez niego. Alkohol jest rodzajem narkotyku, z podobnymi uzależnieniami, i to o ostrzejszym charakterze, mamy do czynienia w wypadku innych narkotyków. Wyjście z tego stanu jest niezwykle trudne, zwłaszcza bez zewnętrznej pomocy, a trwanie w nim jest rujnujące dla organizmu.

Od jakiegoś czasu pojawiły się w języku neologizmy stwarzane na zasadzie kalki do nazwy owego uzależnienia. Takie jak seksoholizm, a nawet pracoholizm czy zakupoholizm. Zastąpienie tradycyjnej nazwy nadmiernego seksualnego popędu, jaką była erotomania – w wypadku kobiet nimfomania – owym językowym potworkiem, jaki stanowi seksoholizm, to nie tylko zmiana słownikowa. To przetworzenie wstydliwej przypadłości (wady), którą powinniśmy umieć przezwyciężyć, na niezależną od nas chorobę. Owszem, w tradycyjnej psychiatrii występowało również rozpoznanie chorobliwej aktywności seksualnej jako symptomu choroby. Ale nie sama owa aktywność była chorobą. Do niedawna można było przywołać do porządku osobę opętaną seksem, dziś stała się ona chorym nieodpowiadającym za swoje czyny. Nie ponosimy przecież odpowiedzialności za swoje chorobowe reakcje. Odruchów takich nie wolno wartościować, a chorym powinni się zająć specjaliści.

Konsekwencje językowych transformacji są zwykle poważne. Opisywana przeze mnie tendencja to kolejny krok w dążeniu do tego, że za nic nie odpowiadamy i niczemu nie jesteśmy winni, a więc podstawowe kategorie etyczne powinniśmy wyrzucić na śmietnik. Nie wolno nas rozliczyć ani z czynów poważnych, ani ze słabostek, takich jak bezmyślna chęć nabywania jak największej liczby rzeczy przemianowana na zakupoholizm. Podaję ten groteskowy przykład, gdyż demonstruje on dobitnie, w jakim kierunku zmierza moda, w której przejawia się głębsza cywilizacyjna tendencja. Zgodnie z nią nie wolno wartościować czy oceniać ani ludzkich upadków, ani nawet potknięć, a winni są tylko ci, którzy ośmielają się wymagać, aby ludzie trzymali się zasad etycznych i brali odpowiedzialność za swoje czyny.

Kiedy medycyna zastępuje etykę

Ponad 100 lat temu dr Zygmunt Freud stworzył w Wiedniu psychoanalizę, która przeorała świadomość społeczeństw zachodnich być może tak samo jak starszy nieco marksizm. Można zresztą uznać, że Freud i jego następcy, podobnie jak Karol Marks i marksiści, a także Fryderyk Nietzsche i jego wielbiciele, dali wyraz nowym tendencjom, które uwalniały się w świadomości człowieka Zachodu.

Za zasadnicze novum, które Freud wprowadził, uznaje się zwykle „odkrycie” przez niego podświadomości, w której dominującą rolę gra instynkt seksualny. W rzeczywistości nie było to aż takie objawienie. Platon, opisując człowieka, wyróżnia w nim trzy natury: pożądliwą, godnościową i racjonalną. Ta pożądliwa to sfera instynktów, w tym przede wszystkim seksualnych, które nie uznają żadnych norm ani hamulców. Występujący w „Fajdrosie” obraz dzikiego, czarnego konia szarpiącego ludzki zaprzęg, aby rzucić się w kierunku obiektu pożądania, jest tego może najbardziej wyrazistą metaforą. Destrukcyjna rola popędów zmagających się z normami cywilizacji jest stałym wątkiem w kulturze Zachodu. Mit Tristana i Izoldy to nie hymn na cześć młodzieńczej miłości, jak przedstawiany jest we współczesnej kulturze masowej, ale opowieść o ślepej i niszczycielskiej sile namiętności.

Kasta nowych kapłanów

To, co zupełnie nowe w koncepcji Freuda, to przełożenie kategorii etycznych na medyczne. Stłumione przez kulturowy gorset namiętności objawiają się w rozmaitych kompleksach i neurozach. Nasze duchowe problemy, tradycyjnie uznawane za konflikt niższej, zwierzęcej natury człowieka z jego wyższą istotą, zostały sprowadzone do zagadnienia medycznego.

Freud nie wyciągał z tego jeszcze ostatecznych konsekwencji. Wprawdzie uznawał kulturę za źródło cierpień, ale akceptował ten stan jako ludzką kondycję. Medycyna miała tylko pomóc pogodzić się z nią, złagodzić ludzkie bóle.

Jeśli to jednak medycyna miała zajmować się podstawowymi, duchowymi problemami człowieka, to lekarze od duszy, czyli psychoanalitycy, zostali awansowani do rangi szczególnej kasty. Psychoanaliza zastąpić miała religię (tylko w ostatnim okresie życia, widząc spustoszenie czynione przez ateistyczne ideologie, Freud zaczął do niej zmieniać stosunek, ale nie miało to już wpływu na psychoanalityczną doktrynę), a psychoanalitycy – kapłanów. Freud miał tego pełną świadomość i nawet w listach do współpracowników stwierdzał, że psychoanalitycy stać się mają odpowiednikiem filozofów władających Państwem Platona.

Freud był lekarzem, kiedy usiłował leczyć histerię. Gdy ze swojej medycznej praktyki wywiódł antropologię i teorię kultury, wykroczył zdecydowanie poza obszar nauki. Sęk w tym, że występując w roli filozofa, nadal chciał być lekarzem, a tych dwóch ról nie sposób utożsamić, jeśli medycynę traktujemy jako przyrodniczą naukę. Ta postawa Freuda, jego uczniów i następców zaciążyła nad naszym stosunkiem do psychoanalizy czy, szerzej, psychologii współczesnej.

Następcy Freuda odeszli od akceptacji kultury i uznania jej twardych, trzymających w ryzach ludzką dzikość, norm. Psychoanaliza rozsypała się na niezliczoną liczbę szkół oplatających kulę ziemską. Z psychoanalizy wyrastają także, choć zwykle nie przyznają się do niej, wszystkie te psychoterapeutyczne szkoły, psychologie humanistyczne czy gestalty. Gdyż niezależnie od tego, jak daleko odeszłyby one od antropologii czy teorii kultury swojego ojca założyciela, wszystkie sprowadzają problemy duchowe do medycznych i hodują kastę nowych psychologicznych kapłanów. Wpisują się także we współczesną masową kulturę, której są jednym z istotniejszych motywów.

W nowym ujęciu mroczne id stało się wesołą dziedziną przysługujących nam rozkoszy, represjonowanych przez tradycyjną cywilizację. W tej nowej wersji to ona okazywała się złem jako źródło niepotrzebnych cierpień, gdyż, zgodnie z nowym wyznaniem wiary, człowiek powołany jest dla radochy, czyli funu. Dlatego powinien przezwyciężać tradycyjną, „patriarchalną” formę cywilizacji. W kolejnej wersji praw człowieka, sformułowanej w kolejnej wersji praw podstawowych Unii Europejskiej, prawo do funu będzie pewnie jednym z pierwszych.

Pod władzą psychologów

Psychoanaliza zstąpiła pod strzechy. A kasta psychoanalitycznych kapłanów zmultiplikowała się w rzesze psychologów zajmujących się nami od życia embrionalnego po pośmiertne. Ponieważ to oni decydują o statusie swojej profesji, mamy więc w niej imponujący i nieprzerwany rozwój specjalizacji, który w świecie współczesnym uznawany jest za symptom profesjonalizacji.

Specjaliści od chorób śmiertelnych podzielili się na fachowców od poszczególnych ich rodzajów. Właściwie mieści się to w owej antropologicznej logice. Jeśli psychika człowieka to wiązka przypadłości i uzależnień, od których trzeba go uwolnić, to tak jak w warsztacie samochodowym postęp polega na produkcji wąsko kwalifikowanych fachowców, doskonale panujących nad odrębnymi elementami mechanizmu.

Cokolwiek by się nam przytrafiło, pierwsze pytanie zatroskanych dziennikarzy brzmi: czy są już na miejscu psychologowie? Jeśli ich nie ma, oburzenie na funkcjonowanie instytucji państwowych nie ma granic. Fascynujące są również wyjaśnienia ze strony owych profesjonalistów od duszy. Dowiadujemy się z nich, że człowiek w trakcie niebezpiecznego wypadku czy agresji ze strony innych przeżywa stres. A stres nie jest miły i może zostawić ślady na całe życie, dlatego niezbędna jest ingerencja psychologów, którzy pomogą nam stres zwalczyć.

Ujmujące są także dyskusje medialne, w których obok specjalistów od dziedzin związanych ze sprawą, np. ekonomistów czy polityków, zaprasza się psychologów, aby powiedzieli nam o ludzkiej perspektywie zagadnienia. A psychologowie odpowiadają, że dobrze jest, kiedy jest dobrze, a kiedy jest źle, to wcale nie jest dobrze. A żeby było dobrze, to należy odblokować fundusze na kolejne zastępy psychologów i uczynić ich obecność obowiązkową we wszelkich sferach naszego życia i we wszelkich instytucjach.

Groza musi ogarniać na samą myśl o egzystencji naszych przodków, choćby sprzed kilkudziesięciu lat, którzy musieli przeżyć swoje życie bez stałej asysty psychologów. Dodatkowo nie mieli zielonego pojęcia o człowieku, gdyż nie istniała nauka, która by się takowym zajmowała.

O dysleksji

Interesujące, że szkoły sprzed kilkudziesięciu lat z pomocą rodziny radziły sobie z problemami w mówieniu i czytaniu, przepraszam: z dysleksją i dysgrafią. Chociaż tradycyjnie nikt nie traktował tego jako choroby, a ludzie w jakiś sposób upośledzeni w tej mierze musieli więcej pracować i się pocieszać, że przewagi mogą uzyskiwać w innych dziedzinach.

Często zresztą przeciwności wyzwalają u człowieka potrzebę przeciwstawienia się, a zwiększenie wysiłków prowadzi do osiągnięcia mistrzostwa w domenie, która, paradoksalnie, wydaje się najmniej mu dostępna. W historii znamy sporo takich sławnych przykładów. Demostenes, upośledzony wadą wymowy, mozolnie ćwicząc ją z kamieniami w ustach, osiągnął status najbardziej uznanego mówcy starożytnej Grecji. Dziś Demostenes otoczony opieką psychologów prawdopodobnie nauczyłby się, że swoimi przypadłościami nie ma co się przejmować.

Pisząc to wszystko, chciałbym zaznaczyć, że akurat w wypadku dysleksji, i być może w paru innych, zarówno psychologowie defektolodzy, jak i specjaliści w rodzaju logopedów mogą bardzo się przydać. Ci pierwsi w diagnozowaniu upośledzenia, ci drudzy w walce z nim. Problem się pojawia, kiedy skrajne wypadki zaczynają wyznaczać nam myślenie o całości ludzkich zagadnień, a psychologowie, np. kliniczni czy defektolodzy, którzy mogą okazać się pomocni w pewnych ściśle określonych dziedzinach, pretendują do roli specjalistów od człowieka, a więc wszystkich jego spraw.

Nadmierna opiekuńczość pozbawia odporności, a szerokie działania pozornie ułatwiające naukę i adaptację do życia w rzeczywistości ubezwłasnowolniają młodych (i nie tylko młodych) ludzi. Uczą, że powodzenie nie zależy od woli i pracowitości, lecz wyłącznie od zewnętrznej pomocy. To niezwykle destrukcyjna szkoła charakterów, a jej efekty coraz szerzej obserwować możemy we współczesnych społeczeństwach Zachodu.

Bronisław Wildstein

Icons by N.Design Studio. Designed By Ben Swift. Powered by WordPress
RSS Zaloguj