Byłem Świadkiem Jehowy

Po polsku, Polecane

bmrg3ugtj85gix1mjxŚwiadkiem Jehowy byłem ponad jedenaście lat. Przez tyle lat głosiłem “Dobrą Nowinę”. Dwa lata wykonywałem funkcję “sługi pomocniczego”, a trzy lata “starszego zboru”. Tę historię opowiedział mi mój bliski znajomy, Daniel. Jest prawdziwa, tylko imię, na jego prośbę, zmieniłem.

Świadkiem Jehowy byłem ponad jedenaście lat. Przez tyle lat głosiłem “Dobrą Nowinę”. Dwa lata wykonywałem funkcję “sługi pomocniczego”, a trzy lata “starszego zboru”.
Urodziłem się na Podlasiu, w rodzinie prawosławnej z tradycjami kapłańskimi. Obecnie mam około pięćdziesięciu lat. Ukończyłem studia inżynierskie. Mieszkam z żoną w Białymstoku, mamy trójkę dzieci.
Żona jeszcze przed ślubem miała sporadyczne kontakty z kobietą Świadkiem Jehowy, ale po ślubie tej znajomości nie utrzymywała. W szufladzie biurka pełno było “Strażnic”, “Przebudźcie się” i innych czasopism. Czasem bez większego zainteresowania zaglądałem do nich.
Uczęszczałem, choć nieregularnie, na niedzielne nabożeństwa do cerkwi. Żona nie czuła takiej potrzeby. Gdy urodził nam się syn, ochrzciliśmy go w cerkwi.
Od 1980 r. zaczęli intensywniej odwiedzać nas Świadkowie Jehowy. Kupiłem od nich protestanckie wydanie Pisma Świętego. Pokazali mi tam zapisane w kilku miejscach imię Boże “Jahwe”. Po kilkunastu wizytach skusiłem się, by pójść na ich zebranie. Trafiłem na tzw. Pamiątkę śmierci Chrystusa, na której po półgodzinnym przemówieniu podawano z rak do rąk kielich z winem oraz opłatek, jednak nie spożywając tego. Wytłumaczono mi, że są to tylko emblematy.
Od tego czasu przechodziłem wewnętrzne rozterki i nie byłem w stanie stwierdzić, po której stronie leży prawda.
Tak upłynął rok. Urodziła nam się córka, którą ochrzciłem w cerkwi. Chętniej czytałem publikacje Cerkwi prawosławnej i czułem się gorliwym chrześcijaninem.
Po trzech latach od tamtych rozmów spotkałem na ulicy jednego ze znajomych Świadków. Zachęcał mnie do studiowania Pisma Świętego. Powiedziałem, że to czynię i przytoczyłem, co Jezus w Ewangelii Mateusza powiedział o fałszywych prorokach. Mój rozmówca ze spokojem zaproponował mi spotkanie i rozmowę na wybrany temat religijny. Uzgodniliśmy, że rozważymy naukę o świętości Marii Panny, której Kościół prawosławny oddaje szczególną cześć. W tym czasie nie tylko nie wątpiłem w nauki Cerkwi, ale wychodziłem z założenia, że to ja muszę pomóc błądzącemu. Czułem, że mam argumenty i wiarę. Byłem przekonany, że łatwo udowodnię Świadkom Jehowy, że się mylą.
Kompletnie nie byłem przygotowany. Nie znałem dobrze Pisma Świętego, ani teologii wiary. Nie znałem też nauki Świadków Jehowy i żadnych poważnych argumentów przeciw ich argumentom. Rozmówca zarzucił mnie cytatami z Pisma Świętego.
Zacząłem się zastanawiać nad biblijnością i prawdziwością wyznawanych prawd. Zamiast jednak potem pójść do kogoś wykształconego w teologii, zamiast lepiej poznać naszą naukę, chodziłem sam pełen wątpliwości. Zgubiła mnie pewność siebie, pycha, stawianie na własny rozum.
Zgodziłem się na dalsze dyskusje. Świadkowie zaczęli ze mną regularne cotygodniowe studium biblijne, omawiając książkę “Prawda, która prowadzi do życia wiecznego”. Całkowicie wywracali nauki i tradycje Cerkwi prawosławnej i innych Kościołów chrześcijańskich. Po roku studium nienawidziłem wraz z nimi wszystkich nauk Kościoła. Byłem pewny, że dane mi było wyjątkowe szczęście poznać prawdę, a cała ludzkość, poza Świadkami Jehowy, tkwi w ciemności i mocy szatana, jest nieszczęśliwa i pójdzie na zatracenie.
Szybko przekonano mnie, że powinienem się ochrzcić. Odbyło się to na kongresie w Białymstoku. Pół roku później została “ochrzczona” także moja żona. Chodziliśmy na zebrania trzy razy w tygodniu, zabierając ze sobą nasze małe dzieci. Do końca zerwaliśmy z chrześcijaństwem. Dlaczego tak szybko? Jest to zasługa wielkiej aktywności Świadków Jehowy i “psychologicznej techniki szokowej”?
Technika ta polega na bombardowaniu słowami, przekonywaniu i ośmieszaniu symboli, znaczeń i praktyk pobożności chrześcijańskiej, takich jak Trójca, post, spowiedź, eucharystia, kapłaństwo, modlitwy, krzyż, chrzest, święci, objawienia, kościół. W zasadzie wyśmiewane są wszystkie sakramenty - światyje tainstwa, praktyki, zwyczaje i nauki Kościoła, bezpardonowo krytykowane osoby duchowne, odrzucane tradycje itd. Jest to totalne oddziaływanie na psychikę i konsekwentne pustoszenie wnętrza w uprzejmych i pozornie niewinnych rozmowach.
Świadkowie, “pod krawatem i z teczką u boku”, nie szczędzą czasu i sił. Chodzą od domu do domu, poszukując łatwowiernych i naiwnych. Lubią dużo i długo mówić. Jeżeli domownik zdecydowanie nie zgadza się z ich nauką, wówczas na ogół nie chcą kontynuować rozmowy. Idą dalej, szukać tych, którzy na ich “orędzie” zareagują bez zbytniego powątpiewania. I zawsze takich ludzi znajdują.
Aktualnie w Polsce jest ponad 127 tys. Świadków Jehowy, stanowią oni trzecią pod względem liczebności grupę wyznaniową. Przy tym są to wyznawcy ślepo wierzący we wszystkie nauki podawane w organizacji. Organizacji, gdyż tak nazywają to sami Świadkowie Jehowy.
Organizacja składa się z dwóch klas “braci”. Pierwsza to klasa czy raczej kasta wybrańców. Nazywają siebie “wiernymi niewolnikami” lub chętniej “wybrańcami Boga Jehowy”. Twierdzą, że są wybrani, by tworzyć “małą trzódkę braci w Chrystusie”, czyli prawdziwy Kościół Chrystusowy. Jest ich na świecie około 8565 - według danych za rok 2003. Klasę tę reprezentuje kilkunastoosobowe “ciało kierownicze” z siedzibą w Brooklinie w Nowym Jorku.
Druga klasa to tzw. “wielka rzesza” zwykłych braci lub inaczej “drugich owiec”. Nie należą oni do Kościoła, tylko wspierają “braci Chrystusa”. Obecnie jest ich w ponad sześć milionów na całym świecie.
Cała ta organizacja to system totalitarny. Będąc w niej nie można mieć swego zdania, nie można wygłaszać innych poglądów niż uznane. Wolna wola tam nie istnieje. Ma być ślepe i fanatyczne posłuszeństwo, wszystko musi być przyjmowane bezkrytycznie. Wyznawcy na własną prośbę stają się ubezwłasnowolnieni i dają się wykorzystywać, np. pracując za darmo przy różnych przedsięwzięciach, na budowach, rezygnując z pracy zawodowej, z normalnego życia, angażując jako “pełnoczasowi pionierzy” lub “pionierzy pomocniczy” itp.
Świadkowie niczego nie poszukują i nie dociekają na własną rękę. Niewiele też wiedzą poza tym, co się im serwuje. Nie interesują się historią sekty ani zmianami nauk. Urobiony Świadek nie powinien się dziwić, że nagle zaczyna się nauczać odwrotnie niż dotychczas. Nie zwracają uwagi na sprzeczności. Przyjmują wszystko, co “bracia w Brooklynie”, czyli “ciało kierownicze” postanowiło. A ci co jakiś czas wprowadzają zmiany. Np. do 1935 roku wszyscy świadkowie obecni na “Pamiątce” spożywali “emblematy”, potem, po “oświeceniu” przez J. F. Rutherforda, przestali je przyjmować, choć czytają w Ewangelii Jana: “Jeśli kto spożywać będzie ten chleb, żyć będzie na wieki”. Takich zmian było bardzo dużo. Na początku lat osiemdziesiątych ja sam nauczałem, jak i wszyscy wówczas Świadkowie, że niektórzy ludzie, pamiętający rok 1914, nie umrą, a doczekają się za swego życia Królestwa Bożego na ziemi. W latach 90. zaczęto już mówić, że dotyczy to tych nielicznych, którzy się urodzili w 1914 roku. A dzisiaj w ogóle przestano tego nauczać. Tak było też z kolejnymi datami końca świata. Wszystkie okazały się fikcją. O nich także się nie mówi, ale mam mapę “Boski Plan Wieków”, gdzie wyraźnie zaznaczono rok 1975 jako koniec 6000 lat panowania. Świadkowie to zwykle ludzie, którym taki fanatyczny styl, kiedy ktoś myśli za nich, odpowiada. Nawet jak mają wątpliwości, tłumią je w sobie, w obawie, że runie ich całe życie. Często też są już tak wyobcowani w rodzinie i środowisku, że nie mają do kogo się zwrócić.
Niewielu jest w stanie stawić opór. Ta selekcja odbywa się na samym początku. Spotkałem kilkoro Świadków, którzy mieli podobne opinie do moich, ale bali się je wyrazić głośno. Jednak bardzo trudno jest odejść, bo presja psychiczna jest ogromna. Znałem tylko jednego, który zerwał. Większość poddaje się i ulega. Ale trudno nie ulec przy tak intensywnym praniu mózgu, gdy trzy razy w tygodniu jest się indoktrynowanym. To jest naprawdę skuteczne, skoro nawet dorośli, czasem wykształceni, mający, wydawałoby się, ukształtowany pogląd na świat, w ciągu paru miesięcy burzą swoje przekonania, niszczą zasady moralne, depczą własną religię, przyjmując bez głębszego sprawdzenia i zrozumienia, na zasadzie ślepego zaufania, zupełnie obce nauki.
Można się zapytać, jak można jednym pociągnięciem odciąć swe związki z Kościołem, rodziną, najbliższymi, tradycją. A jednak da się tak urobić człowieka. To jest potężna siła perswazji i sprawdzona socjotechnika, zaszczepiana przez miłych “domokrążców”, którzy mają za zadanie przekonać cię, że wszystko robią dla twego dobra. Działają identycznie jak osoby trudniące się handlem obnośnym, które zawsze znajdują klientów, choćby towar na drugi dzień nadawał się do wyrzucenia. Świadkowie sprawiają przy tym wrażenie, że niczego nie chcą poza krótką rozmówką na temat twego dobra i zbawienia.
Po latach przebywania w organizacji miałem coraz większe obiekcje do niektórych nauk. W 1994 r. w moim mieszkaniu odbywało się cotygodniowe studium, polegające na udzielaniu komentarzy do odczytywanych tekstów. Zacząłem wprowadzać swoje, czasami sprzeczne z organizacją, komentarze. Wtedy brat starszy, prowadzący studium, zaczął mnie strofować i zmienił miejsce zebrań. Mówienie czegoś, co nie jest zgodne z oficjalną nauką lub zgłaszanie wątpliwości jest odbierane jako zakłócanie zebrania, cios w organizację i gorszenie braci.
Pytałem, czy na tym ma polegać studium, ale to jeszcze bardziej nastawiało przeciwko mnie “braci”? Zacząłem szukać materiałów niezależnych i dopiero po dziesięciu latach mojego “świadkowania” poznałem prawdziwą historię Świadków Jehowy.
Zaczęły mi spadać klapki z oczu. Zauważyłem, że zmieniają nauki, ale nigdy nie przyznają się do błędu, nazywając to jedynie “nowym światłem”. Coraz bardziej uzmysławiałem sobie też, że wiele propagowanych przez nich nauk biblijnych tak naprawdę nie przystaje do Biblii i jest naciąganych. Raziło mnie wręcz nienawistne atakowanie innych wyznań. Budziło sprzeciw wyśmiewanie czegoś tak pozytywnego jak post, choć Biblia zaleca post.
Jedną w ważniejszych pomocy, jaką spotkałem na swej drodze, była książka księdza W. Majki “Czy tak uczy Pismo Święte?” - jej lektura pokrywała się z moimi odczuciami, czytałem ją ze wzruszeniem. Drugą wielką pomocą była praca prawosławnego duchownego, ks. Michała Markiewicza, “Słudzy szatana a cerkiew Boga”. Przykładów błędów i niekonsekwencji znajdowałem coraz więcej i w końcu 1995 roku opuściłem organizację.
Wychodząc z organizacji byłem rozbitkiem w wierze, miałem pustkę duchową - wiedziałem czego nie chcę i na co się nie godzę, ale nie wiedziałem, co mam ze sobą zrobić. Jeszcze dzisiaj nie mogę się do końca pozbierać. To jak po odcięciu chorej, zgangrenowanej nogi: uratowałeś życie, ale kuśtykasz. Miałem straszny mętlik w głowie odnośnie zasad wiary. Byłem duchowym rozbitkiem, byłem wypłukany ze wszystkiego, co w świecie normalnie i rzeczowe. Na dodatek nadal w tym fałszywym świecie pozostawała moja żona i dzieci. Zostałem sam, choć z rodziną. Żyję w rodzinie, ale rozdartej i rozdwojonej. W moim domu nie obchodzi się żadnych świąt i tradycji. Próbowałem wpłynąć na żonę, ale bezskutecznie. Jest pod czujną “opieką” braci. Ma zakaz rozmowy ze mną na tematy religijne.
W ogóle u Świadków jest zakaz rozmowy z “odstępcami” na jakikolwiek temat - chyba że są to członkowie rodziny. Ta pełna blokada ma zabezpieczać Świadków przed oderwaniem. Ale wierzę w moc modlitwy. Wiem, że modlitwy pomogły mi wyjść z tej przewrotnej organizacji. Mój rodzony brat, który jest duchownym, często się za mnie modlił, prosił o molebny za mnie w monasterach, nawet za granicą.
Nakaz izolacji tych, którzy odstąpili, przestrzegany jest niemal całkowicie. Świadkowie nawet widząc na ulicy dobrych znajomych, którzy opuścili organizację, nie pozdrawiają ich. Udają, że nie znają. Odstępców uważa się za wrogów. Tam nie ma miłości bliźniego ani tolerancji, liczą się tylko swoi. Jest to wyjątkowy fanatyzm. A przecież większość z nich sama odeszła kiedyś od swojego rodzimego Kościoła, jednak nie tylko nie czują się odstępcami, ale chcieliby, aby ich tolerowano.
Obecnie jestem prawosławnym chrześcijaninem. Żyję w wierze swoich przodków. Jestem dumny z nauki Jezusa Chrystusa i dwutysiącletniej tradycji Kościoła. Uczęszczam na nabożeństwa, wiele czytam. Wciąż uczę się pokory. Nie ma dnia, bym nie myślał o mojej rodzinie w kategoriach wiary. Między mną a żoną i starszymi dziećmi jest mur. To mój dramat. Widzę w tym także swoją winę. Ta cała sytuacja uczy mnie też pokory. Wierzę jednak w moc modlitwy.
Udało mi się pozyskać moją najmłodszą 14-letnią córkę, która wraz ze mną uczęszcza do cerkwi. Dopiero teraz zostanie ochrzczona.
Wysłuchał
Roman Czepe

Źródło: http://www.pporthodoxia.com.pl/artykul.php?id=729

Icons by N.Design Studio. Designed By Ben Swift. Powered by WordPress
RSS Zaloguj