Grzegorz Kucharczyk - Pod rządami półksiężyca

Po polsku, Polecane

pakistan_flag_3001Fragment książki.

(…) W 846 roku wojska muzułmańskie, nękające od dawna południowe wybrzeża Italii, napadły na Rzym. Papież Sergiusz II nie był w stanie należycie przygotować miasta do obrony. Muzułmańskie oddziały splądrowały Bazylikę św. Pawła za Murami oraz najważniejszy kościół chrześcijaństwa — Bazylikę św. Piotra. Konfesja Księcia Apostołów została zbezczeszczona, a zgromadzone w Bazylice relikwie sprofanowane, cenne wota padły łupem najeźdźców. Muzułmanie ustąpili z Wiecznego Miasta na wieść o nadciągającej odsieczy cesarza Lotara I.

Ten mało znany epizod w historii zbrojnej ekspansji islamu na tereny od wieków chrześcijańskie wydarzył się pod sam koniec pierwszej fali islamskiego dżihadu przeciw „niewiernym” (w tym wypadku przeciw chrześcijanom). Rozpoczęła się ona w latach 30. VII wieku i w ciągu paru dziesięcioleci doprowadziła do islamskiej okupacji nie peryferii chrześcijaństwa, ale jego najważniejszych centrów duchowych i intelektualnych: Ziemi Świętej, Syrii, Egiptu, Afryki Północnej i Hiszpanii. Jerozolima, Antiochia, Aleksandria, Hippona, Sewilla miasta zapisane w historii chrześcijaństwa (wschodniego i zachodniego) jako miejsca pracy Ojców i Doktorów Kościoła, siedziby społeczności chrześcijańskich mających za sobą ponad pół tysiąca lat historii, na skutek militarnej przewagi wojsk muzułmańskich dostały się pod rządy islamu.

Od chwili upadku katolickiego królestwa Wizygotów w Hiszpanii (711 rok) christianitas miała dwa wysunięte bastiony obrony przed islamską agresją: katolickie królestwo Franków na Zachodzie i katolicki Konstantynopol na Wschodzie’. Obydwa, w ciężkich zmaganiach wypełniły swoją rolę. Wódz Franków, Karol Młot, powstrzymał napór Arabów w głąb Europy pod Poitiers, Konstantynopol wytrzymał w VIII i IX wieku dwa wielkie oblężenia muzułmańskie.

Ta krótka powtórka z historii jest konieczna, ze względu na zauważalną asymetrię w interpretowaniu dziejów stosunków islamsko-chrześcijańskich. Asymetria dość normalna w krajach muzułmańskich, zupełnie absurdalna w kręgu szeroko rozumianego Zachodu. Asymetria, która każe spoglądać na relacje islamsko-chrześcijańskie jako na jedno pasmo przewin chrześcijan, za które muszą nieustannie przepraszać. Banalny wręcz jest pod tym względem przykład wypraw krzyżowych, które miały „wykopać przepaść między chrześcijanami a muzułmanami”. Nie wykopały jej, zdaniem autorów takich sformułowań, wcześniejsze podboje ziem chrześcijańskich, włącznie ze splądrowaniem Rzymu. Czy ktoś po stronie muzułmańskiej przeprosił za rok 846? Ileż wieków chrześcijanie musieliby przepraszać za ewentualny najazd na Mekkę lub Medynę?

We wrześniu 2006 roku, przebywający z apostolską pielgrzymką w Niemczech, papież Benedykt XVI delikatnie napomknął w Ratyzbonie o znanym z historii militarnym charakterze ekspansji islamu. W świecie muzułmańskim reakcja na słowa papieskie była histeryczna (co było do przewidzenia). Pojawiły się nawet żądania aresztowania Papieża, a nawet jego zabicia (to w uchodzącej za zmodernizowaną Turcji).

Jednak bardziej niepokojąca była reakcja, a właściwie jej brak na słowa Benedykta XVI wśród środowisk katolickich. Uderzająca bierność i milczenie w obliczu bezprzykładnej fali ataków na Następcę św. Piotra. Jak widać, długie przygotowywanie umysłów do tezy o „tolerancyjnym” islamie dało swój skutek.

Ta książka mówi o „tolerancji” w krajach islamskich wobec chrześcijan. Los chrześcijan pod rządami muzułmańskimi w czasach nam współczesnych (począwszy od holocaustu chrześcijan w Turcji na początku XX wieku) jest zaprzeczeniem tez „znawców islamu” o jego tolerancyjności. W całym świecie islamskim od Algierii po Indonezję, od Turcji po Arabię Saudyjską chrześcijanie poddani są rozmaitym formom represji i prześladowania. Różne jest tylko natężenie i metody.

Co bardzo znamienne, prześladowania te dotykają chrześcijan (zwłaszcza zaś konwertytów z islamu) nawet w tych krajach, które w niedawnej historii zaznały wymiernej pomocy ze strony Zachodu. Nie tak dawno (początek 2006 roku) agencje podały wiadomość, że jeden z konwertytów na chrześcijaństwo w Afganistanie oczekuje na egzekucję w więzieniu. Afganistan miał już wówczas demokratyczną konstytucję, był po demokratycznych wyborach, a kontyngenty wojsk NATO (w tym kontyngent polski) strzegł demokratycznego Afganistanu przed talibami.

Inny przykład, z Europy. W 1999 roku wojska NATO podjęły skuteczną interwencję w Kosowie, by położyć kres polityce czystek etnicznych prowadzonych tam wobec Albańczyków przez socjalistyczny rząd Serbii. O polityce Slobodana Milosevicia światowe media wiedziały prawie wszystko. Któż dzisiaj mówi o zapoczątkowanym w 1999 roku okresie faktycznych prześladowań serbskich chrześcijan w Kosowie, o zorganizowanym przez Albańczyków (w większości muzułmanów) 17 marca 2004 roku antychrześcijańskim pogromie w tej prowincji. Tego jednego dnia zburzono i spalono 35 prawosławnych cerkwi i klasztorów. Przypomnijmy, że w Kosowie od 1999 roku stacjonuje kilkadziesiąt tysięcy wojsk NATO (w tym oddziały polskie).

Zdaję sobie sprawę, że o martyrologii chrześcijan w krajach muzułmańskich w XX wieku i czasach nam współczesnych można napisać tomy. Na osobne monografie zasługują chociażby krwawe dzieje chrześcijan w Sudanie czy w Timorze Wschodnim. Tutaj są one zaledwie sygnalizowane. Bo taki jest główny cel tej książki. Zasygnalizować i przypomnieć. A może zainspirować innych, którzy oddadzą w ręce czytelnika bardziej dogłębne studium dotyczące poruszanej tutaj tematyki.

Chrześcijanie obywatele drugiej kategorii

29 maja 1453 roku wojska tureckie zdobyły Konstantynopol — stolicę chrześcijańskiego cesarstwa bizantyńskiego. Rozpoczęła się trwająca trzy dni rzeź mieszkańców miasta. Sułtan Mehmed II (po uprzednim wymordowaniu przez jego wojska tysięcy ludzi, którzy szukali tam schronienia) konno wjechał do bazyliki Haghia Sophia (Bożej Mądrości) obok bazyliki św. Piotra w Rzymie, najwspanialszej i najważniejszej świątyni chrześcijańskiej. Przejechał przez całą główną nawę, gdzie jeszcze nic wyschła krew pomordowanych chrześcijan. Dotarł pod wspaniały główny ołtarz, na którym Najświętszą Ofiarę sprawować mógł tylko patriarcha Konstantynopola. Wspiął konia, tak by końskie kopyta tratowały powierzchnię ołtarza, na której tyle razy spoczywało Przenajświętsze Ciało i Krew Chrystusa. Gest symboliczny, wymownie obrazujący deklarację nowych władców Konstantynopola (przemianowanego na Stambuł) wobec chrześcijan, którzy byli przecież twórcami tego wspaniałego miasta i jego ponad tysiącletniej historii jako „drugiego Rzymu” (nasz kronikarz, Jan Długosz, na wieść o zdobyciu Konstantynopola przez Turków, napisał, że „wyłupiono jedno z dwojga oczu chrześcijaństwa”).

Chrześcijanie w muzułmańskiej Turcji podzielili los, który na przestrzeni wieków spotykał wyznawców Chrystusa dostających się pod władzę islamu. Jak innym „ludom Księgi” (tzn. Żydom oraz niekiedy zoroastrianom) przydzielano im status tzw. „dhimmi” czyli „chronionych”. Specyficzna była to jednak ochrona. To prawda, że władcy muzułmańscy nie zakazywali chrześcijanom wyznawania ich religii. Jednak swoboda chrześcijańskiego kultu była mocno ograniczona szeregiem zakazów i regulacji, jawnie ich dyskryminujących. Muzułmanie zakazywali więc wszelkiej „ostentacyjności” w praktykowaniu przez chrześcijan ich wiary. W praktyce oznaczało to zabronienie wszelkiego rodzaju procesji na zewnątrz świątyń czy nawet pogrzebów, podczas których niesiono krzyż oraz inne symbole wiary w Chrystusa. Chrześcijanom nie wolno było również posiadać świątyń, które wyglądałyby na wspanialsze od meczetów. Toteż po zbrojnym zajęciu chrześcijańskich ziem (a przypomnijmy, że tylko tą drogą islam, począwszy od VII wieku rozszerzał swoje panowanie), jednym z pierwszych kroków muzułmańskich władz było odebranie chrześcijanom ich co wspanialszych świątyń i zamienienie ich na meczety (taki los spotkał np. bazylikę Bożej Mądrości w Konstantynopolu). Chrześcijanom pozostawiono więc małe, nie rzucające się w oczy świątynie. Nowych nie można było stawiać (remont tych, które pozostawiono, uzależniony był od każdorazowej, arbitralnej decyzji lokalnych władz muzułmańskich).

Konwersję muzułmanina na chrześcijaństwo (czy jakąkolwiek inną religię) karano śmiercią. Chrześcijanka mogła wyjść za mąż za muzułmanina. Sytuacja odwrotna była nie do pomyślenia. Dzieci z małżeństw mieszanych musiały stać się muzułmanami. Zważywszy na to, że państwa muzułmańskie w przeciągu całej swojej historii były z reguły państwami teokratycznymi (tzn. prawem państwowym było prawo religijne, tzw. prawo koraniczne, szariat), wymogi te były egzekwowane z całą surowością przez władze państwowe.

Chrześcijanie byli więc tolerowani. Ale byli tolerowani jako obywatele drugiej kategorii. Przekonywały o tym nie tylko kuriozalne zakazy (jak np. zakaz jazdy konno), ale i dotkliwe obciążenia podatkowe, o wiele większe dla chrześcijan aniżeli dla muzułmanów (np. specjalny podatek od ziemi; ponieważ według Koranu cała ziemia w kraju islamskim z mocy prawa należy tylko do muzułmanów, używający ją „niewierni” powinni uiszczać z tego tytułu wysoki podatek). W Turcji Osmańskiej istniał też tzw. podatek krwi (dewszirmc) polegający na zabieraniu przez Turków chrześcijańskim rodzinom chłopców i wcielanie ich następnie do elitarnych oddziałów sułtańskiej armii (tzw. janczarów).

Wymienione tutaj dyskryminacyjne wobec chrześcijan przepisy (zwłaszcza odnośnie do ograniczeń w sprawowaniu kultu religijnego) pozostały do dzisiaj w mocy w większości krajów muzułmańskich.

Holocaust chrześcijan w XX wiecznej Turcji

U progu XX wieku w Turcji Ottomańskiej żyło około sześciu milionów chrześcijan. Największe społeczności tworzyli Ormianie, Grecy oraz różne odłamy chrześcijan syryjskich. Obecnie w Turcji żyje niewiele ponad 100 tysięcy chrześcijan. Wymowna różnica arytmetyczna. Dająca obraz ogromu tragedii, który spotkał w XX wieku w Turcji chrześcijańską społeczność.

Najliczniejszą i najstarszą społecznością chrześcijańską w Turcji Ottomańskiej byli Ormianie. Gdy w XI wieku Turcy Seldżuccy przybyli do wschodniej Anatolii, Ormianie mieli już za sobą ponad tysiącletnią historię na tym obszarze. Armenia — w IV wieku — była pierwszym państwem, które przyjęło chrześcijaństwo jako swoją oficjalną religię (jeszcze przed imperium rzymskim). Obok chrześcijaństwa również kultura Ormian (zwłaszcza ich alfabet i książki) od początku były wyznacznikiem i gwarantem ich poczucia narodowej i religijnej odrębności.

Na przestrzeni wieków Ormianie dzielili w Turcji losy innych narodów chrześcijańskich (Greków czy Syryjczyków) — a więc społeczności, których status prawny de facto zależał od kaprysu kolejnego sułtana (lub lokalnej administracji). Krwawym potwierdzeniem tego zjawiska były rozpętane w latach 18951896 przez sułtana Abdul Hamida II (zwanego „czerwonym sułtanem”, od koloru krwi) masakry ludności ormiańskiej pod pretekstem prowadzenia przez nią antypaństwowej działalności. Ogółem podczas trwania masakr w latach 1895 1896 zginęło co najmniej 200 tysięcy Ormian. Do tego należy doliczyć 50 tysięcy uchodźców, około 100 tysięcy osób przymusowo zislamizowanych i podobną liczbę kobiet i dziewcząt uprowadzonych i przetrzymywanych w haremach.

Brytyjski dyplomata, zatrudniony jako główny dragoman (tłumacz) w ambasadzie Zjednoczonego Królestwa nad Bosforem, wyjaśniając tło i szczególnie okrutne prześladowanie Ormian w latach 18951896, napisał: „Sprawcy [masakr] kierują się w swoim ogólnym postępowaniu przepisami prawa szariatu. Prawo te przewiduje, że jeśli rayah, a więc chrześcijański poddany poprzez odwołanie się do pomocy obcych państw, usiłuje naruszyć granice przywilejów nadanych mu przez jego muzułmańskich panów i usiłuje uwolnić się od ich zależności, jego życie i dobytek ma przepaść i ma znaleźć się na łasce i niełasce muzułmanów. Wedle tureckiego sposobu rozumowania Ormianie próbowali właśnie przekroczyć te granice, a to poprzez odwoływanie się do mocarstw, zwłaszcza Anglii. Uważali więc [Turcy], że ich religijnym obowiązkiem i rzeczą słuszną jest grabić własność Ormian i pozbawiać ich życia”.

W swoim raporcie o masakrach z lat 18951896 Johannes Lepsius (niemiecki pastor zajmujący się organizowaniem charytatywnej pomocy dla Ormian, zasłużony na polu informowania niemieckiej opinii publicznej o tureckiej polityce eksterminacji Ormian) zauważył, że masakry popełnione na Ormianach były dla Turków swego rodzaju krwawym świętem. Celebracja (mimo wszystko jest to chyba właściwe słowo w tym kontekście) morderstw zaczynała się zazwyczaj na sygnał trąb, a towarzyszyło jej błogosławieństwo mułłów. Nieprzypadkowo zresztą masakry najczęściej odbywały się w piątek święty dzień muzułmanów. Za punkty sygnalizacyjne służyły również minarety (sygnałem do jednej z największych masakr, w Urfie, było wywieszenie przez jednego z mułłów zielonej flagi z minaretu. W mieście Siwas, wieczorem pod koniec całodniowej masakry, muczzini z minaretów wygłaszali specjalne błogosławieństwo dla tego rozlewu krwi.

Niekiedy nie kończyło się tylko na pochwałach i zachęcaniu do mordowania. Brytyjski wicekonsul Hallward, w swoim raporcie dla Foreign Office o przebiegu masakr w prowincji Diarbekir, napisał, że podczas mordowania Ormian w mieście Palu „jednym z najgorszych ludzi okazał się mufti, który był bardzo aktywny podczas masakr i sam zamordował prominentnego protestanta Manoog Agę”.

Tylko nieliczni muzułmańscy duchowni zdobyli się na inne postępowanie —jak mufti i kadi z Hadjin, którzy skutecznie sprzeciwili się masakrze Ormian w tym mieście lub jak imam meczetu Haghia Sophia w Konstantynopolu, który publicznie potępił masakry Ormian dokonujące się w tym mieście w 1896 roku.

Do religijnej retoryki odwoływały się również władze (cywilne i wojskowe) na miejscu kierujące przebiegiem masakr. W Arabkir rozpoczęcie rzezi Ormian poprzedzał oficjalny komunikat władz: „Wszyscy, którzy są dziećmi Mahometa, muszą teraz spełnić swój obowiązek, a mianowicie zabijać wszystkich Ormian, grabić i palić ich domy. Ani jeden Ormianin nie powinien zostać oszczędzony. Ci, którzy tego nie posłuchają, będą postrzegani jako Ormianie i również zabijani. Stąd też każdy mahometanin ma okazać swoje posłuszeństwo rządowi w ten sposób, że najpierw zabije zaprzyjaźnionych z nim chrześcijan”.

Zachęcani w ten sposób przez swoje władze duchowne i cywilne napastnicy (wśród których byli również tzw. zwykli ludzie) wdzierali się do ormiańskich dzielnic i ormiańskich wiosek. Często alternatywa brzmiała: „islam albo śmierć!”. Zazwyczaj napaści odbywały się według wzoru opisanego przez jednego z Ormian (protestanta), który przeżył masakrę w Severek (prowincja Diarbekir): „Tłum splądrował kościół gregoriański, zbezcześcił go, wymordował wszystkich, którzy szukali w nim schronienia i jako ofiarę ściął głowę kapłanowi na kamiennym progu. Następnie tłum wypełnił nasz dziedziniec. Siekiery wbijały się w drzwi naszej świątyni. Napastnicy wtargnęli, rwali na strzępy Biblię i śpiewniki, łamali i niszczyli cokolwiek tylko mogli, bluźnili krzyżowi i jako znak swojego zwycięstwa śpiewali muzułmańską modlitwę: «La ilaha ill — Allah, Muhamedin Rasula Ilah» [«Nic ma Boga nad Allaha, a Mahomet jest jego prorokiem»]. Widzieliśmy to wszystko z pomieszczenia, w którym byliśmy wszyscy zgromadzeni… Wchodzili schodami na górę… kaci i ofiary stanęli teraz twarzą w twarz. Przywódca tłumu krzyczał: «Muhammede salavat» [«Uwierzcie w Mahometa i wyprzyjcie się swojej religii*]. Mimo naszych próśb o ocalenie powtarzał te słowa straszliwym głosem. Gdy nikt nie odpowiedział, przywódca tłumu powtórzył te słowa jeszcze raz i dał rozkaz do masakry. Pierwszą ofiarą był nasz pastor. Cios siekierą pozbawił go głowy. Jego krew tryskająca na wszystkie strony zabarwiła na czerwono sufit i ściany. Potem zostałem otoczony przez oprawców. Jeden z nich wyciągnął sztylet i uderzył mnie w lewą rękę… Po sekundzie straciłem przytomność”.

Przebieg masakr potwierdzał stałe odwoływanie się napastników do islamu. Szczególnie odrażający tego przykład podał w swoim raporcie opisującym masakry w Urfie, brytyjski wicekonsul Fitzmaurice. Oto jeden z kurdyjskich watażków zgromadził około stu Ormian, spętał im stopy i ręce, położył ich na plecach, a następnie własnoręcznie podrzynał każdemu z nich gardło, recytując wersety Koranu. Dbał przy tym o to, by rzeź dokonywała się według sposobu przewidzianego dla zarzynania owiec w Mekce. O podobnym przypadku zachodni dyplomaci donieśli z prowincji Harput, z miejscowości Malataya, gdzie po wcześniejszym obrzezaniu, w ten sam sposób (przy recytacji Koranu) zamordowano ponad stu Ormian.

Należy zauważyć, że zachęcanie do konwersji na islam (na zasadzie „propozycji nie do odrzucenia”) miało miejsce jeszcze przed rozpoczęciem się masakr. Na przykład Ormianom w Urfie polecono wywieszenie białych flag na dachach swoich domów, co w trakcie masakr będzie oznaką, że rodziny te chcą przejść na islam (w innych miejscowościach podobne znaczenie miało wzniesienie ręki lub palca do góry).

Oblicza się, że w prowincji Erzerum przymusowo zislamizowano ok. 15 tysięcy Ormian. Podobna liczba dotyczy prowincji Harput i Wan (w tej ostatniej prowincji liczba przymusowych konwertytów wynosiła ok. 10 tysięcy). W wilajecic Wan przymusowo zislamizowano 245 wsi, a 116 kościołów zamieniono w meczety; w Harput ten los stał się udziałem 200 rodzin, natomiast w wilajecie Diarbekir 105 kościołów zostało zamienionych w meczety. W wilajecie Aleppo (w miastach Urfa, Biredjik, Scverek i Adiaman) według danych podawanych przez zagranicznych dyplomatów — islam zyskał w ten sposób ok. 5 900 „dobrowolnych” wyznawców.

Ogółem, podczas trwania masakr z lat 18951896 przymusowo zislamizowano niemal sto tysięcy Ormian.

Władze tureckie, zdając sobie sprawę z faktu przymusowej islamizacji wielu Ormian, podejmowały szereg środków, by zapewnić nieodwołalny charakter tych konwersji. Do zwyczaju należało więc masowe i publiczne obrzezanie pozyskanych w ten sposób wyznawców islamu.

Trwałość konwersji miały zapewnić także „dobrowolne” małżeństwa świeżych adeptów proroka ze swoimi nowymi braćmi i siostrami w wierze. By zagwarantować przestrzeganie przez konwertytów obyczajowości przepisanej przez szariat, nie cofano się przed kolejnymi zbrodniami. Na przykład w okręgu rerum, w ormiańskich rodzinach, które liczyły kilkoro braci, zabijano jednego lub dwóch z nich, tak aby pozostałe po nich zony zostały poślubione przez pozostałych przy życiu braci —jak nakazuje szariat.

Przed domami podejrzanych o nieszczerą konwersje Ormian wystawiano specjalnych obserwatorów, którzy pilnować mieli, czy nowi muzułmanie regularnie uczęszczają na modły (rzecz jasna, każde zauważone zaniedbanie w tym względzie było karane śmiercią).

Należy jednak zauważyć, że nawet apostazja nie była gwarancją przeżycia. Niejednokrotnie bowiem Turcy nie zamierzali dotrzymywać warunków zaproponowanej przez samych siebie transakcji („islam albo śmierć”). W Garmuri, zaraz po publicznym obrzezaniu ormiańskich konwertytów, wszystkich ich wymordowano.

Nie brak jednak świadectw heroicznej wiary w obliczu alternatywy: „islam albo śmierć”. Tysiące wybrało męczeńską śmierć aniżeli apostazję. Niekiedy dostępne nam świadectwa przypominają czasy prześladowań pierwszych chrześcijan i bohaterstwo wiary biblijnych Machabeuszy. Jak w przypadku pewnej Ormianki z Urfy, która do swoich synów, którym Turcy oferowali życie w zamian za przyjęcie islamu, powiedziała: „Dajcie się zabić, ale nie wypierajcie się Pana Jezusa!”. Synowie posłuchali matki i wszyscy zostali zamordowani (wraz z bohaterską kobietą).

W szeregu przypadków mamy do czynienia z przykładami heroicznej wiary Ormianek. W Bitlis, około 100 kobietom, po zamordowaniu ich mężów, Turcy postawili alternatywę: „Wyrzeknijcie się waszego Jezusa, a będziecie żyć”. Kobiety odparły: „Nie, nasi mężowie umarli za Niego i podobnie my chcemy uczynić”. Wszystkie zostały zamordowane.

Podczas trwania masakr oprawcy szczególną wagę przykładali (czytaj stosowali jak najbardziej wyrafinowane okrucieństwa), by „skłonić” do konwersji na islam ormiańskich księży. W klasztorze w Tadem sędziwy archimandryta Ohannes Papizian odmówił przyjęcia islamu. Po każdej odmowie Turcy obcinali mu kolejno ręce po kawałku, aż do łokcia. Na końcu został ścięty przed kościołem. Ksiądz DerHagop z Charput w wyniku zadawanych mu tortur postradał zmysły. Wezwani przez oprawców na konsultacje mułłowie orzekli, że przejście szaleńca na islam jest niedozwolone. Nieszczęśnik został więc wtrącony do więzienia. Ocenia się, że w latach 1894-1896 z powodu odmowy dokonania apostazji z rąk tureckich (i kurdyjskich) zginęło 170 ormiańskich księży.

Zwłoki ormiańskich duchownych, którzy nie chcieli apostazja okupić własnego życia, były przedmiotem barbarzyńskich praktyk. Zamordowanemu księdzu Mattheosowi z Busseyid oprawcy odcięli głowę i umieścili ją między kolanami ofiary. Młodzi Turcy jako zabawną rozrywkę traktowali bicie rózgą tak sprofanowanych zwłok. Najczęściej jednak zamordowanych kapłanów obdzierano ze skóry (jak w przypadku księdza DerHarudiuna z Diarbekir i jego towarzyszy czy 10 zamordowanych księży z okręgu Tadem). Po zamordowaniu opata Sahag z klasztoru SurpKacz (prowincja Kizan) zwłoki obdarto ze skóry, którą następnie wypchano sianem i powieszono na drzewie.

W barbarzyński sposób pastwiono się także nad ciałami ofiar spoza stanu duchownego. Na przykład w Trapezuncie, wśród licznych ofiar pośród ludności ormiańskiej, był również rzeźnik Adam wraz ze swoim synem. Po zastrzeleniu ich, Turcy poćwiartowali ich ciała i czyniąc aluzję do profesji ofiary nawoływali w kierunku przechodniów: „Kto kupi rękę, nogę, stopę albo głowę?! Tanio! Kupujcie!”.

Byli jednak i tacy pośród ormiańskiego duchowieństwa, którzy dali się złamać. Ci przymusowi apostaci to szczególnie godne pożałowania ofiary masakr przeprowadzonych przez Turków. Prześladowcy zmuszali ich do wyparcia się nie tylko własnej wiary, ale i godności. Było to tym bardziej bolesne, gdy dotykało ludzi stojących u kresu swojego życia. Mieli nadzieję, że konwersja jest „chwilowa”. Taką nadzieję żywił pewien 70letni ormiański duchowny, który tak opisywał w liście do swojego przyjaciela (również duchownego), okoliczności swojego przejścia na islam: „Z wdzięcznością i łzami czytaliśmy słowa pocieszenia waszego ojcowskiego listu. Przyjęliśmy jednak wszyscy chwilowo islam ze strachu przed śmiercią w męczarniach. Również ja, wasz niski sługa, uczyniłem to mając 70 lat. Po tym, jak wielokrotnie, niemal cudem, uniknąłem śmierci, nie widząc innego wyjścia, pozornie ugiąłem się i przyjąłem ich L Turków] wiarę. Prosiłem jednak, by ze względu na mój podeszły wiek oszczędzono mi obrzezania. Jednak zmusili mnie do tego pod groźbą, że w razie odmowy [poddania się obrzezaniu] zetną mi głowę. Następnie grozili mi najstraszliwszymi torturami, gdybym wrócił do chrześcijaństwa. Podobnie postępowali ze wszystkimi chrześcijanami”.

Większemu naigrawaniu się z poprzedniego wyznania dawnych księży, a jednocześnie zapewnieniu nieodwracalności konwersji, służyło nie tylko publiczne obrzezanie exkapłanów. Często głównie w celu naigrawania się od razu „awansowano” ich do statusu mułłów, względnie muezzinów, mających obowiązek wołania imienia Allaha z minaretów, a najczęściej z kościołów pozamienianych na meczety.

Innym sposobem, którego chwytano się, by zapewnić trwanie w wierze proroka tych szczególnie cennych konwertytów, było wiązanie ich z islamem przez małżeństwa. W wielu miejscach dawnych chrześcijańskich księży żeniono z Turczynkami (niejednokrotnie kilkoma naraz). Niejednokrotnie było tak (na przykład w okręgu Yerum), że były one żonami mułłów, którym dawni mężowie sprawnie udzielili rozwodu, by ożenić się z dotychczasowymi żonami dotychczasowych chrześcijańskich kapłanów (niższe ormiańskie duchowieństwo mogło się żenić). Tak wytworzone „więzi” rodzinne dodatkowo „wiązały” nowych konwertytów ze społecznością wyznawców Allaha.

Kolejnym zjawiskiem świadczącym o antychrześcijańskich nastrojach towarzyszących masakrom ludności ormiańskiej było niszczenie chrześcijańskich świątyń (czyli przeważnie — kościołów należących do ormiańskiego Kościoła gregoriańskiego). Podczas trwania masakr (18941896) całkowicie zniszczono 568 kościołów i 77 klasztorów. 328 kościołów zamieniono w meczety.

Do reguły należało, że budynki kościelne, w których zazwyczaj Ormianie szukali azylu przed krwawymi masakrami, nie były oszczędzane przez Turków. W wielkiej ormiańskiej katedrze w Urfie (która mogła pomieścić w swoich murach ponad 8 tysięcy ludzi) Turcy spalili ok. trzech tysięcy chroniących się tam chrześcijan. Przed egzekucją naigrawali się jeszcze z Chrystusa, wołając do zamkniętych w katedrze Ormian: „Niechże Chrystus udowodni teraz, że jest większym prorokiem niż Mahomet”. Jak informował brytyjski dyplomata (znany już nam wicekonsul Fitzmaurice), jeszcze ponad dwa miesiące po tej masakrze czuć było w całym mieście nieznośny swąd spalonych ludzkich ciał. Na porządku dziennym było również bezczeszczenie Najświętszego Sakramentu, jak na przykład w splądrowanych kościołach w Zimara i Gasma (w wilajecie Siwas) oraz w Messis (wilajet Adana).

Młodotureckie ludobójstwo

Wydawało się, że objęcie w 1908 roku rządów w Turcji przez tzw. młodoturków, którzy programowo chcieli dążyć do modernizacji państwa tureckiego, a za czasów swojej bytności na Zachodzie nawiązali przyjazne kontakty z niektórymi stronnictwami ormiańskimi, przyniesie dla Ormian wytchnienie od powtarzających się cyklicznie prześladowań.

Dość szybko okazało się jednak, że sojusz z Ormianami młodoturcy traktowali zupełnie instrumentalnie. Nowa, zmodernizowana Turcja miała mieć według nich własną, nowoczesną ideologię. Okazał się nią tzw. panturanizm. Opierał się on na ideologicznym (pozbawionym historycznych realiów) koncepcie Wielkiego Turanu, czyli wspólnoty ludów tureckich „od Bosforu po Ałtaj”.

W tej koncepcji narody, które zarówno pod względem etnicznym i wyznaniowym odbiegały od panturańskiej matrycy, a dodatkowo posiadały wyrobioną przez wieki samodzielnej historii tożsamość narodową i kulturową (jak np. Ormianie czy Grecy), musiały być traktowane jako przeszkoda w realizacji owej ideologii.

Przeszkodą były również nasilające się naciski mocarstw europejskich (głównie Rosji, ale także Francji i Wielkiej Brytanii) na Turcję, by ta przystąpiła wreszcie do realizacji podjętych przez siebie zobowiązań do nadania Ormianom szerokiej autonomii w prowincjach wschodniej Anatolii (tj. na obszarze historycznej Armenii). Plan ten został zatwierdzony wiosną 1914 roku.

W sierpniu 1914 roku wybuchła I wojna światowa, która dostarczyła reżimowi młodotureckiemu dogodnego pretekstu nie tylko do zarzucenia planów autonomii dla Ormian, ale również do „ostatecznego rozwiązania” kwestii ormiańskiej w Turcji.

Turcja weszła do wojny po stronie państw centralnych. Sułtan jako kalif określił ją jako „świętą”. Krótko potem w młodotureckim dzienniku „Tanin” ukazał się znamienny artykuł pod tytułem „Duch turecki” — niejako zapowiedź tego, czego mogli oczekiwać wrogowie Turcji i „Wielkiego Turanu” (w tym i Ormianie). Aka Gundiiz (autor artykułu), zwracając się do

„tureckiego ducha”, pisał: „Zanim pójdę na wojnę, powiem Ci, co zamierzam zrobić: Z każdej piędzi ziemi, po której przejdę, popłynie krew. Jeśli pozostawię kamień na kamieniu, niech zniszczeje ognisko [domowe], które opuszczam. Mój bagnet obróci w cmentarzyska ogrody pełne róż. Pozostawię historii opuszczone ruiny, w których przez dziesięć wieków nie zakwitnie żadna cywilizacja… Litość nabiję na koniec mojego jataganu; rozsądek zamknę w łuskach naboi, cywilizację rzucę pod kopyta mojego konia… Górskie doliny, cienie lasów, kontury ruin, przez wieki będą mówić: «Tędy przeszedł Turek»”.

W podobny sposób określił tureckie cele wojenne Talaat Pasza minister spraw wewnętrznych i główny architekt ludobójczej akcji podjętej wobec Ormian. Zwierzył on się dr. Mordtmanowi, dragomanowi w niemieckiej ambasadzie w Stambule, że Turcja „ma zamiar skorzystać z wojny w celu kompletnego zlikwidowania jej wewnętrznych wrogów, tzn. miejscowych chrześcijan — co stanie się bez przeszkody ze strony obcej interwencji”.

Ludobójstwo Ormian odbywało się metodycznie, według jasno określonego wzoru: najpierw należało się upewnić, że przyszłe ofiary nie stawią oporu należało więc w pierwszym rzędzie pozbawić je broni. Drugim krokiem była eksterminacja duchowej i intelektualnej warstwy przy wódczej. Następnie, deportacja pozostałej ludności przeważnie starców, kobiet i dzieci

— do „nowych miejsc osiedleń”, czyli obozów koncentracyjnych na syryjskiej pustyni. Na koniec zaś, ci, którzy przetrwali piekło deportacji i marszu w głodzie przez pustynię, mieli „osiedlić się” na pustyni. Tych, którzy nie umarli tam z wycieńczenia, dobić miały oddziały tureckiego wojska i pozostających w gestii rządu kurdyjskich bojówek (ze zorganizowanej przez młodoturków tzw. Organizacji Specjalnej).

W latach 19151918 zginęło w Turcji ok. 1,5 miliona Ormian z dwóch milionów zamieszkujących ten kraj (przede wszystkim swoją historyczną ojczyznę we wschodniej Anatolii) w 1914 roku.

Wspomniany scenariusz zaczął być realizowany od stycznia 1915 roku, gdy rząd turecki polecił rozbrojenie wszystkich służących w sułtańskiej armii żołnierzy ormiańskich. Tych samych żołnierzy, którzy zbierali tak pochlebne oceny od tureckiego dowództwa. Rozkaz skrupulatnie wykonano na terenie całego państwa. Nic ograniczono się wszakże do rozbrojenia. Z rozbrojonych żołnierzy nie czyniono przy tym rozróżnienia między oficerami a zwykłymi żołnierzami stworzono specjalne bataliony, przeznaczone do najcięższych prac na rzecz tureckich oddziałów. Następnie, w grupach po 50100 osób, wszyscy byli rozstrzeliwani.

24 kwietnia 1915 roku tureckie ministerstwo spraw wewnętrznych wydało rozporządzenie, na mocy którego władze administracyjne i wojskowe upoważnione zostały do aresztowania ormiańskich przywódców politycznych (zarówno na szczeblu centralnym, jak i lokalnym). Wystarczyło tylko podejrzenie o prowadzenie działalności antyrządowej. W następnych tygodniach polecenie to zostało skrupulatnie wykonane. W samym Stambule aresztowania te dotknęły 2345 osób, z których zdecydowana większość nigdy już nie powróciła do swoich domów. 27 maja 1915 roku w tureckiej prasie został opublikowany tekst Tymczasowego Prawa o Deportacjach.

O tym, że deportacje były pomyślane przez rząd turecki jako pewny sposób eksterminacji Ormian, najdobitniej świadczą liczby. Z około 18 tysięcy osób deportowanych z prowincji Harput i Sivas, we wrześniu 1915 roku w okolice Aleppo (obszar „zasiedlenia”) dotarło zaledwie 185 kobiet i dzieci. Z 19 tysięcy Ormian, którzy wyruszyli z Erzerum do Aleppo, dotarło 11 (słownie: jedenastu).

Chyba najcelniej o zarządzonych przez rząd mlodoturccki masowych deportacjach Ormian i towarzyszącej temu hipokryzji tureckiego rządu wyraził się August Bernau Amerykanin przebywający w Turcji i będący świadkiem dokonującego się tam w latach 19151916 ludobójstwa. W swoim raporcie dla amerykańskiego konsula w Aleppo napisał: „Zorganizowana masakra, nawet w epoce, gdy konstytucja [turecka] proklamowała Wolność, Równość, Braterstwo, byłaby czymś bardziej humanitarnym, ponieważ zaoszczędziłaby tej nieszczęsnej ludności okropieństw głodu, powolnej śmierci w najstraszliwszych cierpieniach, w najbardziej okrutnie wyrafinowanych torturach godnych Mongołów. Ale masakra byłaby mniej konstytucyjna!!! Cywilizacja została uratowana!!!”.

Ormianie (tzn. ci z nich, którzy przeżyli pierwszą falę egzekucji, a więc głównie starcy, kobiety i dzieci) podczas marszu byli traktowani przez turecką eskortę w sposób, który można określić jako zorganizowane barbarzyństwo. Już na pierwszych kilometrach piekielnego marszu byli pozbawiani przez tureckich żołnierzy i żandarmów tych resztek swojego dobytku, który byli w stanie wziąć ze swoich domów. Rzecz jasna, po drodze byli wystawieni na palące słońce i chłód nocy. Panował straszliwy głód, zbierający obfite żniwo. Ormiańskie kobiety i dzieci po kryjomu (bo nawet to było zakazane) przeszukiwały odchody pozostawione przez konie i muły eskorty, z nadzieją na znalezienie resztek paszy. Nawet dostęp do wody był limitowany w raportach sporządzanych przez cudzoziemskich obserwatorów (dyplomatów, misjonarzy) często przewija się informacja, że tureccy strażnicy od wycieńczonych Ormian domagali się zapłaty za dostęp do rzeki, która akurat znalazła się na trasie przemarszu konwoju. Trasy przemarszów były często wytyczane drogą okrężną, tak by zadać Ormianom więcej cierpień związanych z przemarszem przez szczególnie uciążliwe rejony lub tereny zamieszkane przez Kurdów, którzy wraz z miejscową ludnością turecką napadali na bezbronnych, wycieńczonych Ormian.

Czynili to tym chętniej, że mieli zagwarantowaną bezkarność. 3 października 1915 roku minister spraw wewnętrznych Tałaat Pasza, w telegramie adresowanym do swoich podwładnych, pisał: „Nie będzie żadnego postępowania sądowego w związku z występkami, których dopuści się miejscowa ludność wobec wiadomych osób [Ormian — G.KJ; mianowicie występkami służącymi celowi, do którego dąży rząd".

Amerykański konsul w Harpucie, Leslie Davis, w czerwcu 1915 roku widział kolumnę Ormian pędzoną z prowincji Erzerum: „Bardziej godnego pożałowania widoku nie można sobie wyobrazić. Niemal bez wyjątku są oni w łachmanach, brudni głodni i chorzy. Nie zaskakuje to, zważywszy na fakt, że są w drodze przez niemal dwa miesiące bez zmiany ubioru, bez szansy na umycie się, na dach nad głową i najedzenie się do syta. Pewnego razu obserwowałem ich, gdy podano im żywność. Dzikie zwierzęta nie zachowywałyby się inaczej. Rzucili się na strażników niosących żywność, a ci odpędzili ich, bijąc pałkami tak mocno, że mogli nawet niektórych zabić. Obserwując ich, ciężko było sobie uzmysłowić, że są to istoty ludzkie".

Jednak nawet doprowadzeni do stanu skrajnego wycieńczenia Ormianie maszerujący w kolumnach śmierci byli przedmiotem ciągłych napadów, jeśli nie ze strony tureckiej eskorty, to ze strony kurdyjskich band (działających dzięki przyzwoleniu Turków). Najgorszy był los kobiet, które wraz z dziećmi stanowiły zdecydowana większość wśród deportowanych.

Na porządku dziennym było gwałcenie ormiańskich kobiet przez turecką eskortę i Kurdów. Johannes Lepsius, autor dobrze udokumentowanego opisu ludobójstwa Ormian (opisu opartego na raportach naocznych świadków i sprawozdaniach dyplomatycznych placówek obcych państw, nie tylko niemieckich), napisał: „W miastach, przez które przechodziły [ormiańskie dzieci i kobiety] jak donosiły powtarzające się raporty umożliwiano mahometańskiej ludności wybieranie co piękniejszych dziewcząt, a nawet natychmiastowe sprawdzenie przez lekarza ich dobrego prowadzenia się. Dzieci były czasem sprzedawane przez żandarmów, a czasem przez własne matki, które czyniły tak, by uratować ich życie… Wiele kobiet i dziewczyn uniknęło pohańbienia, wybierając śmierć”.

death islam Jeden z inżynierów niemieckich, zatrudnionych przy budowie magistrali kolejowej do Bagdadu, był świadkiem przemarszu konwojów z Ormianami deportowanymi z Cylicji i pędzonymi do „miejsca osiedlenia” (czyli do obozów zagłady) w okolicy Aleppo, Urfy i DeirezZor. Napisał m.in.: „Najcięższy los jest udziałem kobiet, które rodzą w drodze. Zostawia się im bardzo mało czasu na urodzenie dziecka. Pewna kobieta urodziła bliźniaki. To stało się w nocy. Następnego ranka musiała iść dalej, ze swoimi dwoma dziećmi na plecach. Po dwóch godzinach opadła z sił. Została zmuszona do pozostawienia swoich dzieci w krzakach i kontynuowania wędrówki z całym konwojem. Z kolei inna kobieta porodziła podczas marszu. Musiała nadal maszerować, aż padła martwa… Po drodze napotyka się niezliczone ciała martwych dzieci leżące przy drodze. Pewien turecki major, który towarzyszył mi przed trzema dniami, powiedział, że wiele z tych dzieci zostało porzuconych przez swoje matki, ponieważ nie były one w stanie ich dłużej wyżywić. Najstarsze dzieci były odbierane matkom. Sam major podobnie jak jego bracia ma u siebie jedno z takich dzieci… Ocenia się, że 300 kobiet z konwojów, które przechodziły tą drogą, rodziło podczas marszu”.

Ten sam świadek ludobójstwa zanotował: „Od 28 dni obserwuje się w Eufracie ciała unoszone przez nurt. Zapytano pewnego tureckiego oficera, który miał swój posterunek w Dżerablous, dlaczego nie grzebie się tych ciał. Odpowiedział, że nie otrzymał stosownych rozkazów, a poza tym nie można ustalić, czy są to ciała muzułmanów, czy chrześcijan, ponieważ mają one odcięte genitalia. (Muzułmanie byliby pochowani, ale nie chrześcijanie). Psy pożerają ciała wyrzucane przez rzekę. Inne trupy, spoczywające na piaszczystych brzegach, padają ofiarą sępów”.
Podczas ludobójstwa Ormian w 1915 roku władze tureckie nie ukrywały, że jedynym ratunkiem przed deportacją jest porzucenie przez ludność ormiańską wiary chrześcijańskiej i przejście na islam. Taką praktykę stosowano jak mogliśmy wcześniej się przekonać już w latach 18961897 i w 1909 roku podczas masowych pogromów Ormian. Przywódcy młodoturków, sami dość sceptyczni wobec nauk Proroka, traktowali odwołanie się do antychrześcijańskich nastrojów wśród ludności tureckiej (zwłaszcza na prowincji) jako dogodne narzędzie w przyspieszeniu całkowitej eksterminacji Ormian.

Przymusowa islamizacja Ormian, towarzysząca masakrom organizowanym na polecenie sułtana Abdul Hamida II, wywołała protesty mocarstw zachodnich i Rosji, które wymusiły na tureckim rządzie umożliwienie powrotu przymusowo islamizowanym Ormianom do chrześcijaństwa. By tym razem uniknąć zarzutu o wymuszanie na chrześcijanach przyjęcia „jedynej prawdziwej wiary”, władze tureckie zaopatrzone były w pisemne deklaracje, zawierające „prośbę” Ormian o pozwolenie przejścia na islam.

Nie brakowało Ormian (a niekiedy całych rodzin), którzy postawieni przed wyborem: apostazja albo okrutna, powolna śmierć w marszu, wybierali to pierwsze. W Trapezuncie zislamizowano w ten sposób 200 ormiańskich rodzin, w Kerasunt 160, w Ordu 200, w Samsun 150 rodzin (są to dane tylko z jednego wilajetu).

Nie brakowało jednak tysięcy heroicznych świadectw wiary. Pewnemu ormiańskiemu kupcowi, Harutjunowi Torikianowi, „zaproponowano” przyjęcie islamu w zamian za uniknięcie deportacji. Torikian odpowiedział: „Będąc młodym, wierzyłem. Teraz więc, gdy jestem stary, mam się zaprzeć? Przecież właśnie dla tej godziny żyłem”. Został dołączony do kolumny deportowanych i później zamordowany.

14 października 2001 roku Jan Paweł II jako męczennika za wiarę beatyfikował ormiańskiego (katolickiego) biskupa Ignacego Malojana z Mardin. Jemu oraz dwunastu innym ormiańsko-katolickim księżom Turcy zaproponowali przejście na islam w zamian za uratowanie życia. Wszyscy odmówili. Według naocznego świadka męczeństwa, bł. biskup Maloyan na sugestię apostazji odpowiedział: „Nie zaprę się mej wiary chrześcijańskiej”.

Podobny los spotkał ormiańskokatolickiego biskupa Mikołaja Chaczaduriana z Malatii. Zwabiony do siedziby tureckiego gubernatora, został pobity, a następnie wtrącony do więzienia. Tam był torturowany, a w końcu, gdy dla tureckich żandarmów stało się jasne, że biskup nie dokona apostazji, udusili go jego własnym pektorałem. Za trwanie przy wierze chrześcijańskiej ofiarę z życia złożyło również 13 sióstr z ormiańskokatolickiego zgromadzenia zakonnego Sióstr Niepokolanego Poczęcia (prowadzącego szkoły i sierocińce) z Diarbakir. Wraz z nimi aresztowany został tamtejszy ormiańskokatolicki biskup Andrzej Czelcbian. Oprawcy wyprowadzili go poza miasto, zakopali go w ziemi po szyję. By naigrawać się ze swojej ofiary, żandarmi pozostawili na zewnątrz prawą rękę biskupa, tak by mógł nią „błogosławić” spędzoną w tym celu ormiańską ludność (katolickich Ormian, wkrótce potem także zamordowanych przez Turków). Na koniec wyszydzonego biskupa ukamienowano.

W sumie w wyniku ludobójczej akcji, która dotknęła wszystkich Ormian, do końca 1915 roku zniknęło z terenu Turcji 14 diecezji ormiańskokatolickich. O ile do 1914 roku mieszkało w ottomańskiej Turcji 70 tysięcy Ormiankatolików, pracowało tam 157 katolickich duchownych i 128 sióstr zakonnych, to mordercze deportacje roku 1915 i 1916 przetrwało niewiele ponad 13 tysięcy wiernych, 37 duchownych i 56 zakonnic.

Rzecz jasna, największa skala prześladowań dotyczyła ormiańskiego Kościoła gregoriańskiego, do którego należała przecież znakomita większość mordowanych masowo od 1915 roku Ormian. Na terenach objętych ludobójczą eksterminacją prześladowaniom poddano całą hierarchię tego Kościoła. W Dżarbekir spalono żywcem archimandrytę Czekhlariana, w SzabinKarahissar, Baiburt, Charput, Czarsandżak archimandrytów powieszono. Biskup Siwas (Knel Kalzmskrian) został poddany okrutnej torturze polegającej na przybiciu mu do stóp podków. Miejscowy turecki urzędnik uzasadniał to tym, że „nie można pozwolić na to, by biskup chodził boso”). W Erzerum biskupa Saadediana zamordowano, innych zaś wtrącono do więzienia (np. biskupa Behrigian z Kaisarije) lub wygnano (np. arcybiskupa Hovagim z Ismid).

Inna — szczególnie odrażająca forma islamizacji, o której już wcześniej była mowa, polegała na uprowadzaniu kobiet ormiańskich i przymusowym wydawaniu ich za mąż za muzułmanów. Wiele Ormianek, w tym samym czasie, gdy ich mężowie (Ormianie) służyli w tureckiej armii, było zmuszanych do poślubiania muzułmanów.

W miejscowości Zile, po wymordowaniu wszystkich mężczyzn, deportowanych w konwoju, pozostałe przy życiu kobiety i dzieci całymi dniami trzymano na otwartym polu bez chleba i wody. W ten sposób starano się skłonić je do przejścia na islam. Oporu kobiet nie udało się złamać. Na oczach ich dzieci zakłuto je więc wszystkie bagnetami.

Przymusowe porzucenie wiary chrześcijańskiej było również udziałem tysięcy ormiańskich dzieci, oderwanych od swoich chrześcijańskich rodziców i oddanych (a właściwie: sprzedanych) na wychowanie rodzinom muzułmańskim. W Ankarze z okazji urodzin sułtana urządzono obrzezanie stu dzieci (przeważnie z katolickich rodzin), przymusowo nawróconych na islam. W Trapezuncie miejscowy szef „Jedności i Postępu”, Nail Bej, skutecznie przeciwstawił się planom rozmieszczenia ormiańskich dzieci w sierocińcach, które nadzorował komitet złożony z chrześcijan (tzn. reprezentantów silnej w Trapezuncie społeczności greckiej) i muzułmanów. Wcześniej zgodę na działalność tego komitetu wyraził turecki gubernator (sam wchodził w skład tego gremium). Jednak sprzeciw władz partyjnych okazał się istotniejszy. Sierocińce z ormiańskimi dziećmi zostały zlikwidowane, a sieroty po zabitych i deportowanych Ormianach oddawano na wychowanie wyłącznie muzułmańskim rodzinom (pilnowano, by nie dostały się pod opiekę rodzin greckich). Ohydy temu procederowi przydawał fakt, że władze tureckie wybierały spośród sierot ładne, kilkunastoletnie dziewczynki do „wyłącznego użytku” miejscowych działaczy „Jedności i Postępu” (Lepsius wspomina o jednym z działaczy partii młodotureckiej, który „przygarnął” w ten sposób dziesięć dziewcząt).

Na uwagę zasługuje fakt, że z biegiem czasu tureckiemu rządowi przestało zależeć na przechodzeniu na islam tylko jednostek lub nawet całych ormiańskich rodzin. „Dobrowolne nawrócenia” na „jedyną, prawdziwą wiarę” musiały być masowe. Ustalono nawet dolną granicę, od której akceptowano „nawrócenia” jako wybawienie od deportacji. W miejscowości Hadijne do tureckich urzędników zgłosiło się sześć ormiańskich rodzin, wyrażających chęć przejścia na islam. Usłyszeli następującą odpowiedź: „Akceptujemy nawrócenie co najmniej stu rodzin”.

Opuszczane przez skazywanych na deportacje Ormian świątynie były z reguły przemieniane w meczety. Pogardę dla chrześcijaństwa władze tureckie okazywały również w inny sposób. W miejscowości Erzingjan ormiański kościół Turcy zamienili w publiczną toaletę. Natomiast po splądrowaniu kościoła w HussniManzur, naczynia liturgiczne wrzucono do ustępu. Tureccy żandarmi „zabawiali się”, przebrani w ornaty, bluźnierczo przedrzeźniając chrześcijańską liturgię.

Organizatorzy ludobójstwa dokładali więc starań, by jak najszybciej i jak najsprawniej eksterminować te resztki umęczonej ludności ormiańskiej, która przeżyła piekło deportacji. Zbrodnia miała być dokonana tak szybko, by wieści o niej nie zdążyły przedostać się poza granice Turcji. We wrześniu 1915 roku minister Talaat Pasza wysłał telegram do prefektury Aleppo (gdzie dochodziły resztki konwojów z Ormianami): „Już wcześniej zostało zakomunikowane, że rząd — na polecenie Dżemietu [inna nazwa Ittihadu G.K.] zadecydował o całkowitej eksterminacji wszystkich Ormian zamieszkałych w Turcji. Ci, którzy będą sprzeciwiać się tej decyzji, nie będą mogli uczestniczyć w sprawowaniu władzy. Nie bacząc na kobiety, dzieci i chorych, na drastyczne środki tej eksterminacji, zamykając uszy na głos sumienia, należy położyć kres ich egzystencji”.

W listopadzie 1915 roku, w kolejnym telegramie przesłanym do Aleppo, Talaat wydał polecenie dyskretnego eksterminowania wszystkich Ormian, którzy przybyli ze wschodniej Anatolii do północnej Syrii (rozkaz ten został powtórzony w styczniu 1916 roku. Dyrektywom dotyczącym konieczności zachowania tajemnicy towarzyszyły polecenia wydawane ze Stambułu, ponaglające miejscowe władze tureckie, by wymordować także Ormian, którzy przeżyli deportację. Wszystkich bez wyjątku. Nawet dzieci ormiańskie porywane podczas deportacji przez Kurdów i Turków, a następnie islamizowane (dziewczynki oddawane do haremów). Minister spraw wewnętrznych Talaat Pasza — zawsze troszczący się o to, by ludobójstwo zostało przeprowadzone systematycznie i dokładnie 12 grudnia 1915 roku przesłał do swoich podwładnych w Aleppo telegram o następującej treści: „Przyjmujcie i utrzymujcie tylko te sieroty [ormiańskie], które nie będą w stanie przypomnieć sobie prześladowań, jakim poddani byli ich rodzice. Inne dołączajcie do konwojów”. Nie trzeba dodawać, co w praktyce oznaczał eufemizm „dołączenie do konwoju”.

W szeregu tureckich sierocińców (m.in. w Ankarze, Damaszku, Bejrucie) przebywało wicie sierot ormiańskich, których rodzice zginęli podczas deportacji. Tam miały być poddane intensywnej turkizacji (janczarowie XX wieku). Taka była początkowa praktyka. Jednak pod koniec 1915 roku Talaat zdecydował, że nawet najmniejsi i najsłabsi Ormianie mają zginąć. Już 26 września 1915 roku zakazał tworzenia nowego sierocińca w Aleppo. „W obecnej epoce nie należy ulegać sentymentom i tracić czasu na żywienie i organizowanie ich [ormiańskich sierot — G.K.] egzystencji”.

Znany już nam August Bernau, pracujący dla biura nowojorskiej Vacuum Oil Company (z siedzibą w Aleppo), we wrześniu 1916 roku był naocznym świadkiem tego, w jakim stanie znajdowali się Ormianie koczujący w Deir esZor, jednym z największych „miejsc schronienia” na syryjskiej pustyni. Wszędzie widział tysiące anonimowych grobów, epidemię dyzenterii i głód. Charakterystyczne były już pierwsze strony raportu Bernaua: „Nie można wyrazić grozy, którą odczułem w czasie podróży przez obozowiska Ormian rozsiane wzdłuż Eufratu… Podobnie jak przed bramą piekieł Dantego, nad wejściem do tych obozowisk można napisać: «Wy, którzy wchodzicie, porzućcie wszelką nadzieję»”.

Bernau widział jednak tylko resztki niedobitków. We wrześniu 1916 roku w okolicach Deir esZor przebywało jedynie 15 tysięcy osób. Pozostałe ponad 400 tysięcy Ormian, jeśli nie umarło z głodu i wycieńczenia, zostało po prostu zamordowanych przez oddziały Organizacji Specjalnej, wojska tureckiego i grupy arabskich nomadów (zachęcanych do tego przez władze tureckie).

Yves Ternon, francuski badacz zajmujący się ludobójstwem popełnionym przez rząd turecki na Ormianach, jako poruszający symbol agonii ormiańskiego narodu w Turcji w latach 19151916 przytoczył historię jednego z ormiańskich dzieci, które ukrywało się na pustyni, na południe od Deir esZor. Oprawcy wcześniej wyrwali dziecku język, ale za każdym razem, gdy przechodził konwój z jego deportowanymi rodakami, którzy jeszcze nie wiedzieli, że zmierzają do miejsca kaźni, mały i niemy Ormianin gestami próbował poinformować rodaków, co ich czeka. Na próżno nikt go nie rozumiał.Czynił tak do momentu, gdy przeszła przed nim połowa z konwojowanych ludzi. Następnie chował się, by próbować ostrzec następnych. Jakże prawdziwie napisał w 1975 roku o tym niemym dzieckuKasandrze francuski historyk: „to dziecko jest Armenią. Od sześćdziesięciu lat apeluje ona do świata i od sześćdziesięciu lat świat odmawia wysłuchania go”.

Eksterminacja chrześcijan syryjskich

Ofiarami tej pogardy dla chrześcijan oraz ideologicznego szaleństwa młodoturków padli jednak nie tylko Ormianie. Podobny los (czyli całkowite niemal wytępienie) spotkał również mieszkających w Turcji chrześcijan syryjskich oraz Greków (przypomnijmy, że do 1918 roku Turcja Ottomańska obejmowała także obszary dzisiejszej Syrii oraz Iraku).

Syryjskie chrześcijaństwo ma bardzo długą historię. Pierwsze wspólnoty kościelne powstały tam już w II wieku po Chrystusie. Głównymi ośrodkami były Antiochia (gdzie działał m.in. św. Paweł) oraz położona nad Eufratem Edessa. Z tego drugiego miasta, które wkrótce stało się żywym ośrodkiem chrześcijańskiej kultury, chrześcijaństwo rozszerzało się dalej na wschód, w kierunku północnej Mezopotamii (dzisiejszy północny Irak), aż do Persji.

Chrześcijańskie Kościoły w Syrii oddzieliły się od Kościoła Powszechnego na tle jednej zwielkich herezji chrystologicznych w V wieku. Syryjczycy (inaczej zwani także jako Asyryjczycy) nie przyjęli orzeczeń soboru powszechnego w Efezie (451 rok), który potwierdził katolicką naukę o Chrystusie jako o „prawdziwym Bogu i prawdziwym Człowieku”. Na zachodzie Syrii wykształcił się tzw. Kościół jakobicki (Syryjsko-Ortodoksyjny Kościół Antiochii oraz Całego Wschodu) wyznający monofizytyzm (a więc niezgodne z katolicką nauką przekonanie o „przewadze” w Chrystusie natury boskiej nad naturą ludzką). Kościół wschodniosyryjski (inaczej Stary Apostolski Kościół Wschodu) przyjął heretycką naukę patriarchy Nestoriusza z Konstantynopola, czyli tzw. nestorianizm (inaczej: diofizytyzm). Dodajmy, że nestorianie swoją misyjną działalnością objęli wielkie przestrzenie Azji, dochodząc aż do Mongolii oraz Chin.

Na uwagę zasługuje również fakt nieustannych wysiłków Stolicy Apostolskiej, by przywrócić syryjskich chrześcijan do pełnej jedności z Kościołem Powszechnym. Intensyfikacja tych wysiłków widoczna była od XVII wieku. Pozytywny oddźwięk znalazły one zwłaszcza u wschodniosyryjskich chrześcijan, których większa część jako Kościół Chaldejski zawarła kościelną unię z Rzymem (uznanie prymatu papieża, przy zachowaniu własnej liturgii i dyscypliny kościelnej). W XIX wieku ten katolicki Kościół Chaldejski systematycznie rozwijał się, stając się najsilniejszą wspólnotą kościelną wśród syryjskich chrześcijan. Również w tym samym stuleciu do jedności z Rzymem powróciła część zachodniosyryjskich chrześcijan (jako Kościół Syryjsko=Katolicki). Należy odnotować, że w XIX wieku rozpoczęły na terenie Syrii działalność misje protestanckie.

Do 1915 roku żyło w państwie tureckim ok. pół miliona syryjskich (asyryjskich) chrześcijan zarówno katolików, protestantów, jak i członków Kościołów autokefalicznych. W zdecydowanej większości była to ludność zajmująca się rolnictwem i pasterstwem (istniały nieliczne gminy asyryjskie w miastach, np. w Urnę, Mardin, Mosulu). W ciągu 23 lat, na skutek systematycznej wyniszczającej akcji rządu tureckiego, liczba ta została zredukowana do zaledwie paru tysięcy (niektórzy badacze szacują liczbę ofiar wśród syryjskich chrześcijan na ok. 750 tysięcy).

Wobec Asyryjczyków zastosowano ten sam model ludobójstwa, co wobec Ormian a więc wymordowanie lokalnej elity (duchowieństwa, inteligencji) oraz mężczyzn, a następnie deportacje pozostałych przy życiu kobiet, dzieci i starców na pustynię. Deportacje, które, podobnie jak w przypadku Ormian, przeradzały się w prawdziwe marsze śmierci, i podczas których żołnierze tureccy, wraz z ochoczo pomagającymi im w tym procederze lokalnymi plemionami kurdyjskimi, mordowały, gwałciły i uprowadzały kobiety i rabowały resztki żywności, tak aby do „miejsc przeznaczenia” (czyt. na pustynię) doszli tylko nieliczni.

Dziesiątki tysięcy syryjskich chrześcijan szukało schronienia w północnozachodniej Persji. Jednym z najważniejszych skupisk tych uchodźców było miasto Urmia. Gdy latem 1918 roku armia turecka podeszła pod miasto, ok. 75 tysięcy syryjskich chrześcijan (oraz Ormian) zdecydowało się opuścić Urmię i uciekać przed tureckimi prześladowcami dalej na południe.

30 lipca 1918 roku rozpoczął się eksodus. Podczas całej drogi na południe chrześcijanie byli atakowani przez jednostki regularnego wojska tureckiego i bandy złożone z Kurdów i Azerów. Jeden z tureckich komendantów (MajidulSultan) raportował swoim zwierzchnikom, że jednego dnia „posłał do piekła dwa tysiące niewiernych”.

Jeden z brytyjskich oficerów (pułkownik McCarthy), który był świadkiem wędrówki syryjskich chrześcijan z Urmii, pozostawił taką relację: „Nigdy nie zapomnę odwrotu spod Urmii, gdy spotkałem ogarniętych paniką ludzi na drodze do Nidżar i nigdy nie chcę oglądać czegoś podobnego… Poza tym, że byli prześladowani przez swoich wrogów, ci nieszczęśni ludzie byli atakowani przez każdą ze znanych chorób. Setki zmarło na tyfus, dyzenterię, ospę i z wyczerpania. Powszechnym widokiem były dzieci pozostawione na drodze, ich rodzice prawdopodobnie nie żyli. Gdziekolwiek zatrzymywali się na noc, rano ziemia byia pełna umarłych i umierających. Tylko nieliczni mogą pojąć, co wycierpieli ci nieszczęśnicy. Około 10 tysięcy z nich zostało odciętych przez Turków i nikt już o nich nie słyszał”.

Drogę przez piekło przetrwało ok. 35 tysięcy syryjskich chrześcijan. Po zdobyciu Urmii, turecki dowódca (SalahEddin Pasza) dał swoim żołnierzom (i wspomagającym ich Kurdom oraz Azerom) trzy dni na bezkarne łupienie miasta i mordowanie mieszkańców. W trzydniowej orgii masowego morderstwa zginęło ok. 16 tysięcy syryjskich chrześcijan.

Dodajmy, że istniała również zbieżność w czasie pomiędzy ludobójstwem na Ormianach i na Asyryjczykach (co dodatkowo jest dowodem na to, że przedsięwzięcia te nie były dziełem przypadku czy samowolą lokalnych urzędników, ale z góry zaplanowaną akcją). Obydwie zbrodnie odbywały się równolegle, począwszy od 1915 roku.

Tragedia dotknęła wszystkie chrześcijańskie wspólnoty. Gwoli przykładu można podać, że tylko w latach 19151916 katolicki Kościół Chaldejski stracił w wyniku zorganizowanych przez Turków i Kurdów masakr dwie trzecie swoich wiernych. Zniszczono największe społeczności Chaldejczyków w prowincjach Diarbekir i Seert. Zamordowano trzech chaldejskich biskupów.

Wśród męczenników znalazł się także chaldejski arcybiskup z Seert, Addai Scher (ceniony skądinąd w światowej społeczności naukowej jako orientalista). Jako „trofeum” oprawcy zabrali z sobą biskupi pierścień (aby go zdobyć, ucięli palec zamordowanemu biskupowi).

Zginęli również wszyscy chaldejscy kapłani, którzy szukali schronienia w katedrze w Seert. Katedra została spalona wraz ze wszystkimi szukającymi W niej azylu chrześcijanami. Nie oszczędzono nawet chrześcijańskiego cmentarza w Seert. Po uprzednim zbezczeszczeniu (płyty nagrobne obsmarowano ekskrementami), został on całkowicie zniszczony.

Według naocznych świadków eksterminacji chrześcijańskiej społeczności w Seert, aktywny udział brali w niej muzułmańscy duchowni. Mułłowie nie tylko nawoływali do mordowania chrześcijan, ale i osobiście przykładali rękę do zbrodni (według Halaty Hanny, który była świadkiem tragicznych wydarzeń, czynili tak m.in. mułła Cheder, Ahmed oraz Taher wszyscy z Seert).

Niejednokrotnie syryjscy chrześcijanie szli na śmierć odważnie, jak pierwsi męczennicy w rzymskich amfiteatrach, którzy wierzyli, że idą na spotkanie z Panem. Z Seert, wraz z innymi deportowanymi (a następnie zabitymi) chrześcijanami, wyprowadzono 16 dominikanek. Na miejsce śmierci szły, śpiewając litanie. Przeoryszę, będącą w podeszłym wieku, nie mogącą iść dalej, oprawcy okrutnie zamordowali (została ukrzyżowana).

Bezmiarowi wiary męczenników towarzyszyło bezgraniczne okrucieństwo tureckich i kurdyjskich oprawców. Barbarzyństwo zataczało szerokie kręgi i dotykało nawet tzw. osobistości. Na przykład Chalil Bej, deputowany do tureckiego parlamentu, jako „pamiątkę” przechowywał w swoim domu skórę ściągniętą z oblicza zamordowanego ormiańskiego biskupa z Erzerum.

Trzy tysiące lat Greków w Azji Mniejszej

U progu XX wieku obecność Greków na obszarze Azji Mniejszej (czyli w ówczesnej i obecnej Turcji) liczyła sobie ponad trzy tysiące lat. To przecież takie miasta starożytnej Jonii (jak Grecy określali zajmowane przez siebie obszary we wschodniej części basenu Morza Egejskiego) jak Efez, Milet czy Halikarnas były ojczyzną szeregu postaci kojarzonych z wielkim, cywilizacyjnym dziedzictwem starożytnej Grecji (np. Tales, Pitagoras czy Heraklit). Tam powstawały wielkie pomniki greckiej kultury dość wspomnieć zaliczone do „siedmiu cudów świata”: Mauzoleum w Halikarnasie i świątynię Artemidy w Efezie. To była ojczyzna Greków, to oni tworzyli jej piękno.

Również chrześcijańska era w dziejach Grecji znalazła w Azji Mniejszej teren, gdzie tętniło chrześcijańskie życie duchowe i intelektualne. Wystarczy przypomnieć, jak dużo dla Kościoła Wschodniego (nazywanego także Kościołem Greckim) — i dla całego Kościoła Powszechnego oznaczają takie postaci jak św. Bazyli Wielki, św. Grzegorz z Nazjanzu, św.Grzegorz z Nyssy (tzw. Ojcowie Kapadoccy). Ojcowie Kościoła, twórcy zakonów, wielcy teolodzy. O znaczeniu greckiego Konstantynopola dla całego Kościoła i chrześcijańskiej cywilizacji można napisać całe tomy.

Niszczycielski najazd muzułmański (trwający nieprzerwanie od VII wieku, a któremu nowy impet nadało przybycie do Azji Mniejszej Turków seldżuckich w wieku XI) dotknął więc, a tym samym spustoszył, nie peryferie świata chrześcijańskiego, ale jego najbardziej żywotne obszary.

Na początku XX wieku ludność grecka, żyjąca w Imperium Ottomańskim, liczyła ok. 2 milionów. Wraz z Ormianami. Grecy stanowili trzon chrześcijańskiej społeczności w Turcji. Podobnie jak i dla innych chrześcijan w Turcji (Ormian i Syryjczyków) początek ubiegłego stulecia (a zwłaszcza okres I wojny światowej) był jednocześnie początkiem eksterminacji i wygnania z ojczyzny, którą zamieszkiwały dziesiątki pokoleń Greków.

U progu tych tragicznych wydarzeń głównymi skupiskami ludności greckiej w Turcji oprócz Stambułu była położona w europejskiej części imperium Tracja, położony na czarnomorskim wybrzeżu Azji Mniejszej Pont, Cylicja (nad Morzem Śródziemnym) oraz wybrzeże Morza Egejskiego należące do Turcji (dawna Jonia).

Podobnie jak Ormianie i syryjscy chrześcijanie, również Grecy stali się w oczach rządzących od 1908 roku w Turcji młodoturków, główną przeszkodą na drodze budowania „Wielkiego Turanu”. W myśl ideologicznych założeń ludzi rządzących w Turcji, także chrześcijanie greccy musieli zniknąć „raz na zawsze” z ottomańskiego państwa.

Akcja eksterminacyjna rozpoczęła się w 1913 roku, na krótko przed przystąpieniem Turcji do I wojny światowej. Młodoturccki rząd zarządził i przeprowadził deportację setek tysięcy Greków z Tracji i rejonu Morza Egejskiego do środkowej Anatolii. Tam zostali skierowani oni do obozów pracy (przypominających późniejsze obozy koncentracyjne). Praca ponad siły i głód zebrały wśród greckich chrześcijan obfite żniwo w postaci dziesiątek tysięcy ofiar.

Prawdziwego celu tej akcji deportacyjnej nie krył w wywiadzie ze znanym dziennikarzem E. Dillonem, turecki minister Talaat (główny organizator ludobójczej akcji wymierzonej w całą społeczność chrześcijańską w Turcji). Przyznawał, Że

„oczyszczenie” tureckiego wybrzeża Morza Egejskiego z Greków zostało celowo podjęte, by „zniszczyć zdolność Greków na wpłynięcie na wynik przyszłego konfliktu [tj. I wojny światowej
G.K.]“.

Tragedia Smyrny

Tym, co istotnie różniło Greków od innych chrześcijan żyjących w ottomańskiej Turcji, był fakt istnienia niepodległego państwa greckiego (w 1914 roku nie istniała ani niepodległa Armenia, ani Syria), które w krytycznej chwili mogło udzielić wsparcia swoim zagrożonym eksterminacją pobratymcom. Ta krytyczna chwila nastąpiła pod koniec 1918 roku, gdy rząd grecki, w obliczu kapitulacji Turcji i wrogiej postawy Turków wobec wszystkich chrześcijan (ludobójstwo Ormian stało się wówczas faktem), rozpoczął zbrojną interwencję w Azji Mniejszej, głównie na obszarach zamieszkałych przez Greków.

Należy zaznaczyć, że wojna greckoturecka w latach 19181923 obfitowała w brutalność i okrucieństwo po obu stronach. W 1921 roku podczas wielkiej ofensywy wojsk greckich na Anatolie ich postępowanie wobec ludności muzułmańskiej niewiele odstępowało od wcześniejszego postępowania rządu tureckiego wobec Greków. Potwierdzali ten fakt niezależni obserwatorzy zagraniczni (np. Arnold Toynbee, który wcześniej zebrał dokumentację o ludobójstwie, którego ofiarą padli Ormianie).

Jednak gdy karta wojenna (w tym samym 1921 roku) odwróciła się na korzyść wojsk tureckich, ofiarą zemsty Turków za okrucieństwa popełnione przez wojska greckie na muzułmanach stali się nie ich autorzy (wojska greckie ewakuowały się), ale Grecy mieszkający od wieków w Azji Mniejszej.

Miejscem największej tego typu tragedii stała się we wrześniu 1922 roku, położona nad Morzem Egejskim, Smyrna (dzisiejszy Izmir) największe (poza Stambułem) skupisko Greków w Turcji. Dodatkowo w mieście znajdowało się wówczas ok. 200 tysięcy greckich uchodźców, uciekających przed nadciągającymi wojskami tureckimi.

Koszmar zaczął się 13 września 1922 roku, gdy w mieście zajętym cztery dni wcześniej przez Turków wybuchł pożar. To był sygnał do rozpoczęcia dwudniowych masowych rabunków i rzezi chrześcijan w Smyrnie (ofiarą tureckiego ataku padli także zamieszkali w Smyrnie Ormianie). Niektórzy badacze oceniają, że w dniach 1315 września 1922 roku z rąk Turków zginęło ok. 125 tysięcy Greków (inni historycy obniżają te dane do ok. 15 tysięcy). Wśród ofiar znalazł się m.in. grecki (ortodoksyjny) biskup Smyrny, Chryzostom (uznany przez Kościół grecki za męczennika). Większość chrześcijańskich świątyń w mieście (zarówno greckich, jak i ormiańskich) zostało zniszczonych. Niemal 30 tysięcy Greków zostało deportowanych przez wojska tureckie w głąb Anatolii, skąd większość już nie wróciła.

Około 150 tysiącom Greków udało się ewakuować dzięki wojennym okrętom amerykańskim, kotwiczącym na redzie smyrneńskiego portu. Jeden z oficerów amerykańskich w dniu 14 września 1922 roku zanotował w swoim dzienniku: „Cały ranek można było oglądać blask, a potem płomienie palącej się Smyrny. Przybyliśmy dwie godziny przed świtem i ujrzeliśmy widok nie do opisania. Całe miasto stało w płomieniach, a na przystani było widno jak za dnia. Tysiące pozbawionych domu uchodźców kłębiło się na nadbrzeżu w panice graniczącej z obłędem. Słychać było rozdzierające serce krzyki kobiet i dzieci. Zdesperowani ludzie gotowi byli rzucić się do wody, by dotrzeć do statku”.
Zadekretowana czystka etniczna

Krwawy wiek XX to nie tylko wiek okrutnych totalitaryzmów i kolejnych ludobójstw. To także wiek czystek etnicznych wykorzeniania ludzi z ich ojczyzn, negowania ich wielusetletniej (w przypadku Greków w Azji Mniejszej parutysiącletniej) historii. Zapoczątkowali je Turcy. Najpierw „wyczyścili etnicznie” wschodnią Anatolie z Ormian, a po 1922 roku na szeroką skalę podobną akcję przeprowadzili wobec Greków.

Deportacjom towarzyszyły nieodmiennie rabunki, gwałty i uprowadzenia chrześcijańskich dziewcząt i kobiet, głód i morderstwa. Szczególnie dotkliwie, od drugiej połowy 1922 roku, odczuli to tzw. pontyjscy Grecy, zamieszkali na czarnomorskim wybrzeżu Azji Mniejszej (z głównym ośrodkiem w Trapezuncie). Najbardziej wymowne są liczby. W 1914 roku w Poncie żyło ok. 700 tysięcy Greków. Deportacji, organizowanych przez świeżo proklamowaną, świecką Republikę Turecką, nie przeżyło ok. 300 tysięcy z nich.

Świadkami pptragedii pontyjskich Greków byli liczni zagraniczni obserwatorzy. Jeden z nich, amerykański oficer służący na okręcie „USS Fox”, w następujący sposób opisał los Greków deportowanych z Trapezuntu (dziś Trabzon): „Sytuacja uchodźców jest godna pożałowania… Jasne jest, że Turcy nie mają zamiaru w żaden sposób pomóc deportowanym. Nie poczyniono żadnych przygotowań, gdy chodzi o lokum dla nich. Choroby są powszechne. Najlepszym dowodem są przejeżdżające ulicami miasta wózki wiozące trupy. Wielu chorych i niezdolnych do samodzielnego chodzenia, noszą na plecach ich krewni. Wielu leży przy drogach, zdradzając oznaki skrajnego wycieńczenia. Ich głośne jęki powiększają zgiełk i zamieszanie. Wielu dorosłych, a większość dzieci, jest niedożywionych”.

24 lipca 1923 roku na mocy tzw. traktatu lozańskiego (zawartego pod auspicjami zachodnich mocarstw) postanowiono o „wymianie” ludności między Turcją a Grecją czyli de facto wspólnota międzynarodowa zadekretowała po raz pierwszy w dziejach Europy czystkę etniczną. „Wymiana” polegać miała na usunięciu ok. 1,5 miliona Greków z ich starożytnych siedzib nad Morzem Egejskim, Morzem Czarnym i w Cylicji oraz przetransportowaniu ich do Grecji. Podobny los miał spotkać liczącą niespełna 300 tysięcy turecką społeczność żyjącą w Grecji.

Ten transfer ludności był dla Greków kolejnym rozdziałem w ich drodze przez mękę. Ocenia się, że w wyniku wykonywania (jak najbardziej brutalnego) przez władze tureckie postanowień układu z Lozanny, zginęły następne dziesiątki tysięcy Greków.

„Dzisiaj wasza własność, jutro wasze życie!”

Po dokonanej w latach 19131923 serii czystek etnicznych, w 1923 roku jedynym dużym skupiskiem ludności greckiej pozostał Stambuł. W dawnym Konstantynopolu społeczność grecka w rok po zawarciu traktatu lozańskiego liczyła 300 tysięcy osób. Jednak na skutek systematycznej dyskryminacji, prowadzonej przez kolejne rządy Republiki Tureckiej (która formalnie ogłosiła, że jest państwem świeckim, a nie wyznaniowym jak dawna sułtańska Turcja, gdzie władca był jednocześnie kalifem) wobec tej największej liczebnie chrześcijańskiej społeczności nad Bosforem, do 1955 roku zmniejszyła się ona do ok. 25 tysięcy.

Wachlarz dyskryminacyjnych postanowień był szeroki. Od utrudnień w budowaniu i renowacji świątyń, po stosowanie karnego opodatkowania (np. w 1942 roku rząd turecki uchwalił specjalny podatek tzw. va rlik ve rgisi, obowiązujący tylko niemuzułmanów, arbitralnie ustalany przez tureckich urzędników). Stosowano także bezpośrednią przemoc.

W nocy z 6 na 7 września 1955 roku turecki tłum, krzycząc „Dzisiaj wasza własność, jutro wasze życie!”, dokonał krwawego pogromu ludności greckiej w Stambule. W wyniku rozruchów, którym władze przyglądały się przez dłuższy czas zupełnie biernie, zginęło 15 tysięcy Greków. Szczególnie okrutnie oprawcy znęcali się nad 90letnim greckim mnichem Chryzostomem Mantasem, który został żywcem spalony. Biskup Iakovos został poddany torturom.

Tej samej nocy zniszczono 59 grekoprawosławnych świątyń (z 83 istniejących wówczas w Stambule), w tym wiele starożytnych ikon i sprzętów liturgicznych o wielkiej artystycznej wartości. Zbezczeszczono groby greckich patriarchów Konstantynopola oraz chrześcijańskie cmentarze w Stambule. Obrabowano ponad 3 tysiące domów i 4 tysiące sklepów należących do Greków.

Po tym pogromie większość Greków opuściła Stambuł. W 1982 roku liczebność greckiej społeczności dawnego Konstantynopola spadła do 4 tysięcy. Dodajmy, że nawet ci nieliczni, którzy pozostali, oraz resztki społeczności chrześcijan ormiańskich i syryjskich, aż do dzisiaj muszą znosić prześladowania w Turcji z powodu wyznawanej przez siebie wiary.

Wymazać pamięć o chrześcijanach

Turcja nigdy nie uznała faktu ludobójstwa dokonanego w pierwszych latach XX wieku na zamieszkujących ten kraj chrześcijanach. Ten popierany przez państwo negacjonizm (kwestionowanie faktu ludobójstwa) nie tylko pozwala zapominać o „nieprzyjemnej” przeszłości. Stanowi także zachętę do dalszego dyskryminowania nawet tych resztek chrześcijańskich społeczności, które pozostały w dzisiejszej Turcji po ludobójczej akcji przeprowadzonej przez Stambuł.

Wymierzona w chrześcijan polityka kolejnych rządów tureckich jest wielowątkowa. Dąży się więc do tego, by społeczności chrześcijan w Turcji umarły „śmiercią naturalną”, przy czym rząd stara się bardzo przyspieszyć ten proces. Zarówno kościoły ormiańskie, jak i greckie cierpią na niedostatek duchowieństwa. Jednak w dużej mierze deficyt ten jest sprokurowany przez władze tureckie, które w 1969 roku na mocy specjalnego dekretu postanowiły zamknąć wszystkie szkoły religijne. Oficjalnie krok ten tłumaczono walką z muzułmańskim fundamentalizmem (szkoły koraniczne były szczególnie podejrzane jako centra formacji fundamentalistów). Jednak w następnych latach władze pozwoliły na ponowne otwarcie muzułmańskich szkół duchownych. Wobec szkół kształcących ormiańskie i greckie duchowieństwo zakaz ten nadal obowiązuje (w ten sposób restrykcje te dotknęły ormiańskie seminarium Dprevank i seminarium greckie na wyspie Chalkis dwie najważniejsze placówki formacyjne dla ormiańskiego i greckiego duchowieństwa). Księży greckich i ormiańskich, wykształconych w zagranicznych seminariach, władze tureckie nie wpuszczają na swoje terytorium.

Inną formą dyskryminacji chrześcijańskich Kościołów jest ingerencja władz tureckich w ich wewnętrzną autonomię. W 1961 roku władze tureckie zakazały funkcjonowania Synodu — najważniejszego ciała kolegialnego istniejącego przy ormiańskim Patriarchacie w Stambule. W 1990 roku patriarcha Karekin na miejsce zlikwidowanego Synodu (za zezwoleniem władz) powołał Komitet Konsultacyjny. Jednak nawet i to gremium okazało się niewygodne dla rządu. W 1997 roku powołując się na to, że Turcja „jest krajem świeckim”, rząd w Ankarze zakazał dalszej działalności Komitetu.

Atmosferę zagrożenia, w której żyją chrześcijanie w Turcji, najlepiej oddaje seria zamachów na chrześcijańskie świątynie w tym kraju. 26 września 1993 roku „nieznany sprawca” wspiął się na dzwonnicę ormiańskiego kościoła Najświętszej Matki Bożej w Bakirkóy i zniszczył umieszczony na niej krzyż. W czerwcu 2002 roku przy wejściu do innego ormiańskiego kościoła w Stambule podłożono bombę.

Szczególnie obrzydliwym aspektem kampanii wymierzonej w chrześcijan są ataki na cmentarze. 10 kwietnia 1993 roku podczas jednego z nich zniszczono i zbezczeszczono ormiański cmentarz w Kumkapi (dzielnica Stambułu).

W Turcji trwa swoista „wojna o pamięć”; pamięć o tym, że od stuleci chrześcijanie byli w tym kraju i współtworzyli kulturę Azji Mniejszej (na długo przedtem, jak na ten obszar przybyli Turcy) oraz że zostali z niej usunięci wskutek ludobójstwa i czystek etnicznych zorganizowanych przez rząd w Stambule. Po stronie tureckiej odpowiedzią na coraz głośniejsze (nie tylko ze strony Ormian, ale i ze strony światowej opinii publicznej) domaganie się do przyznania się do tej niechlubnej karty w dziejach Turcji jest twardy negacjonizm. Zwłaszcza gdy chodzi o zaprzeczanie eksterminacji największej społeczności chrześcijańskiej w Turcji przed 1914 rokiem Ormian.

We wrześniu 1994 roku turecka premier Tansu Ciller stwierdziła wprost: „Nasze stanowisko jest bardzo jasne. Czymś oczywistym jest dzisiaj, że w świetle historycznych faktów ormiańskie żądania są pozbawione podstaw. Ludobójstwo Ormian nigdy nie miało miejsca”.

W duchu negacjonizmu jest również edukowana turecka młodzież. 14 kwietnia 2003 roku tureckie ministerstwo edukacji rozesłało okólnik do dyrektorów szkół podstawowych i średnich, w którym zachęca się do tego, by młodzież uczono zaprzeczania eksterminacji Ormian (jak i Greków oraz syryjskich chrześcijan). Dokument ten poleca dyrektorom szkół organizowanie konferencji, „świadectw”, mających przekonywać uczniów, że Turcja na początku XX wieku nie dopuściła się ludobójstwa. Uczniowie mają być ponadto zachęcani do pisania wypracowań na temat: „Walka przeciw oskarżeniom o popełnienie ludobójstwa”.

Nic dziwnego więc, że w tej sytuacji każde nadchodzące z zewnątrz wezwanie pod adresem Republiki Tureckiej, by uznała prawdę o ludobójstwie dokonanym na Ormianach przez rząd młodoturecki, jest przyjmowane przez Ankarę z dużą nerwowością, interpretowane jest jako akt wrogości wobec tureckiego państwa. Dość wspomnieć, że w odpowiedzi na uznanie przez francuskie Zgromadzenie Narodowe faktu ludobójstwa Ormian, władze w Ankarze anulowały w 2001 roku warte miliony dolarów kontrakty na dostawy francuskiego uzbrojenia dla armii tureckiej. Podobnymi sankcjami władze tureckie zagroziły w 2004 roku Kanadzie, gdy parlament tego kraju poszedł w ślady swoich francuskich kolegów. Rząd turecki określił kanadyjskich deputowanych, którzy podjęli stosowną uchwałę w kwietniu 2004 roku jako „ograniczonych” i w specjalnym oświadczeniu ostrzegł kanadyjskich parlamentarzystów, że to oni „poniosą odpowiedzialność za wszelkie negatywne konsekwencje, jakie będzie miała ta decyzja”.

Niekiedy pogróżki przybierały bardziej drastyczną formę. Gdy w październiku 2000 roku amerykańska Izba Reprezentantów debatowała nad rezolucją uznającą fakt popełnienia przez Turków ludobójstwa, znana już’nam Tansu Ciller (w 2000 roku jedna z czołowych postaci tureckiej opozycji) jako „środek odwetowy” zarekomendowała deportację z Turcji 30 tysięcy Ormian, którzy mieli przebywać tam bez tureckiego obywatelstwa (expremier najwyraźniej zdawała sobie sprawę, że grożenie USA sankcjami ekonomicznymi byłoby czymś groteskowym).

Prawda jako „obraza tureckości”

W samej Turcji głoszenie prawdy o ludobójstwie Ormian nie tylko jest zakazane, ale spotyka się z całą gamą represji. 10 października 1980 roku na lotnisku w Stambule został aresztowany 26letni duchowny ormiański, Hayk Manwel Yerkatian. W areszcie przesiedział trzy lata (podczas brutalnego śledztwa był torturowany wyrwano mu paznokcie u rąk i stóp).

W marcu 1983 roku skazany został na 14 lat więzienia i dodatkowe 4 lata „wewnętrznego zesłania”. „Materiałem obciążającym” okazała się znaleziona przy nim na lotnisku autobiografia ormiańskiego księdza Schikahera, która m.in. zawierała opis ludobójstwa z 1915 roku. W 1986 roku Yerkatian został zwolniony z więzienia z powodu złego stanu zdrowia, ale nie zrehabilitowany. Fakt pozostaje faktem. Sześć lat w tureckim więzieniu za posiadanie książki wzmiankującej ludobójstwo popełnione niegdyś przez Turków.

Gdy w październiku 2000 roku, w związku z toczącą się w amerykańskim Kongresie debatą nad uznaniem ludobójstwa Ormian, władze tureckie zwracały się do przedstawicieli chrześcijańskich wspólnot religijnych w Turcji o „dobrowolne” deklaracje, które odcinać się miały od „bezpodstawnych oskarżeń” formułowanych pod adresem Ankary przez niektórych amerykańskich kongresmenów, ks. Jusuf Akbulut z syryjsko-prawosławnej wspólnoty z Diarbekir odmówił. Nie tylko odmówił, ale w udzielanych wywiadach stwierdzał wprost, że ofiarami ludobójstwa byli nie tylko Ormianie, ale i syryjscy chrześcijanie.

Na reakcję nie trzeba było długo czekać. 4 października 2000 roku na łamach poczytnej tureckiej gazety „Hiirriyet” ukazał się artykuł o ks. Akbulucie pod wymownym tytułem „Zdrajca między nami”. Dwa tygodnie później wszczęto proces przeciw syryjskiemu duchownemu z paragrafu „o podżeganie ludności do nienawiści i wrogości z powodu odrębności klasowej, rasowej i religijnej” (par. 312 tureckiego kodeksu karnego). Ostatecznie 5 kwietnia 2001 roku postępowanie umorzono. Sąd stwierdził m.in, że „skoro w regionie nie ma już Ormian i Syryjczyków prawosławnego wyznania [na skutek ludobójstwa właśnie G.K.], nie może być podżegania do między-etnicznej nienawiści”.

Czterokrotnie skazano na pozbawienie wolności Ayse Nur Zarakolu (zm. w 2002 roku), której „winą” jako właścicielki wydawnictwa było publikowanie książek przedstawiających prawdę o ludobójstwie Ormian (wedle tureckich władz: „lżyły tureckość”). Wśród inkryminowanych książek były tureckie edycje prac Y. Ternona i V. Dadriana (odpowiednio Francuza i Amerykanina o ormiańskich korzeniach), traktujących o ludobójstwie z 1915 roku.

20 kwietnia 2001 roku w europejskim wydaniu znanej już nam tureckiej gazety „Hiirriyet” ukazał się artykuł pod tytułem „Zdegenerowany Turek”. „Degeneratem” okazał się mieszkający w Niemczech Turek, Ali Ertem, przewodniczący działającego we Frankfurcie nad Menem „Towarzystwa Przeciwników Ludobójstwa”. Organizacja ta zwróciła się w listopadzie 1999 roku do tureckiego parlamentu z petycją podpisaną przez ok. 10 tysięcy Turków, by tureccy parlamentarzyści uznali fakt ludobójstwa Ormian. W kwietniu 2001 Ali Ertem zorganizował w gmachu niemieckiego Reichstagu w Berlinie konferencję prasową na ten temat, podczas której, jak czytamy w „Hurriyct”, „wymiotował nienawiścią do Turcji” (czyt. domagał się uznania przez Ankarę faktu ludobójstwa Ormian).

Walce władz tureckich z upowszechnianiem prawdy o ludobójstwie dokonanym na Ormianach towarzyszą w Turcji nie słabnące na sile antyormiańskie resentymenty i stereotypy. W tym kontekście bardzo pesymistycznie brzmią wyniki ankiety przeprowadzonej wśród tureckiej młodzieży szkolnej, zapytanej w 1999 roku o ich stosunek do Ormian. 44,2% respondentów odpowiedziało, że nie ma dobrych Ormian, 28,9% orzekło, że większość Ormian jest zła, ale są również dobrzy Ormianie, 24% sądziła, że większość Ormian jest dobra, ale są również źli Ormianie. 2,7% respondentów odpowiedziało, że nie ma złych Ormian.

Te resentymenty radykalnie wzmocniły się od 1988 roku, tj. od momentu nasilenia się konfliktu między Armenią a Azerbejdżanem o Górny Karabach. Gdy po upadku Związku Sowieckiego Armenia zbrojnie opanowała w 1992 roku tę ormiańską enklawę w Azerbejdżanie, Turcja deklarująca się jako protektor Azerów i innych ludów tureckich w dawnym ZSRS (młodoturecki mit „Wielkiego Turanu” ciągle żywy) zareagowała bardzo nerwowo.

W kwietniu 1993 roku dziennik „Turkiye” pisał: „Podobnie jak góry Karabachu, Armenia od tysiącleci była turecka [sic!] i będzie należeć do narodu tureckiego. Wtedy na Kaukazie Ormian będzie można znaleźć tylko w muzeach”.

W ramach wspomnianej „wojny o pamięć” władze tureckie nie tylko uprawiają oficjalny negacjonizm, ale i nie ustają w wysiłkach, by usunąć nawet najmniejsze pozostałości chrześcijańskiej kultury materialnej. Szczególnie niemile widziane są zabytki sztuki sakralnej, także te, które niszczono już wcześniej, podczas ludobójczej eksterminacji chrześcijan na początku wieku XX.

Wystarczy wspomnieć w tym kontekście katedrę w Urfle, jedną z największych (do 1915 roku) świątyń ormiańskich na terenie Turcji. W 1895 roku Turcy spalili kilkuset Ormian, którzy daremnie szukali w jej murach azylu przed kolejną falą pogromów organizowanych przez rząd sułtański. Po eksterminacji Ormian z Urfy w październiku 1915 roku katedra miejsce męczeństwa tylu chrześcijan została przeznaczona przez lokalne władze tureckie na siedzibę straży pożarnej. W 1993 roku urządzono w niej meczet.

Podobny los stał się udziałem szeregu innych zabytków chrześcijańskiej sztuki sakralnej. Niekiedy pod pozorem archeologicznych wykopalisk i „rekonstrukcji” dokonuje się systematycznej dewastacji chrześcijańskiego dziedzictwa kulturowego. Wyraźnie widać to na przykładzie tzw. wykopalisk w Ani starożytnej stolicy Armenii, zwanej niegdyś „miastem stu kościołów”. Obecnie pod pretekstem badań archeologicznych władze tureckie niszczą jeszcze to, co pozostało po dawnej stolicy Armenii pierwszego w historii państwa chrześcijańskiego.

„Polityka pomnikowa” tureckich władz ma także swój inny aspekt. Niszczeniu (armeńskich zabytków) towarzyszy tworzenie. Budowanie monumentów o wymowie zdecydowanie i prowokacyjnie anty-ormiańskiej. Trudno bowiem inaczej ocenić, jak właśnie prowokację, budowanie przez Turków w takich miejscowościach jak Van czy Erzurum (widowni największych mordów dokonanych w latach 19151916 na Ormianach) muzeów upamiętniających „eksterminację ludności tureckiej przez Ormian” (dodajmy, że o tej rzekomej eksterminacji wiedzą tylko autorzy i projektodawcy wspomnianych muzeów).

W październiku 1999 roku, w obecności najwyższych władz Republiki Tureckiej (na czele z prezydentem Sulejmanem Demirelem), odsłonięto w Igdir — nad samą granicą z Republiką Armenii, 45metrowy pomnik. Także on upamiętnia „tureckie ofiary ormiańskich zbrodni”. Prawdziwe intencje, jakie przyświecały temu przedsięwzięciu, wyjaśnił jednak rzecznik gubernatora prowincji Igdir. Odnosząc się do faktu, że pomnik jest widoczny również z armeńskiej stolicy, Erewania, powiedział: „Kiedykolwiek Ormianie będą patrzeć w kierunku ich świętej góry Ararat, będą widzieć nasz pomnik”. Zważywszy zaś na to, że pomnik składa się z pięciu skrzyżowanych ze sobą mieczy, przesłanie jest bardzo wymowne.

Grzegorz Kucharczyk, Pod rządami półksiężyca, str 5-42

———

A teraz drogi czytelniku zadaj sobie pytanie dlaczego o tym wszystkim się nie mówi ? Dlaczego milczą biskupi i duchowni ? Czy to jest normalne ?

.

2822 . .

.

Księga kłamstwa, bluźnierstw i nienawiści … tylko całować

koranjpii

/pparam name=”src” value=”http://www.youtube.com/v/4i3tPIOcvvg” /

Icons by N.Design Studio. Designed By Ben Swift. Powered by WordPress
RSS Zaloguj