JÓZEF MUÑOZ CORTEZ - WYBRANIEC MATKI BOŻEJ IWIERSKIEJ - autobiografia nowego męczennika naszych czasów

Po polsku, Polecane

jose_munozKim był ów człowiek – Józef Muñoz Cortez, opiekun Iwerskiej Montrealskiej Cudotwórczej Ikony Przenajświętszej Bogarodzicy w okresie 15 lat? Oto co on sam mówi o sobie i o Ikonie.
„Jak zostałem prawosławnym? Urodziłem się w Chili w katolickiej rodzinie pochodzącej z Hiszpanii. Na początku mieszkaliśmy nad brzegiem morza, ale potem przeprowadziliśmy się do stolicy. Regularnie, co niedzielę, chodziliśmy do kościoła.

W dzień naszej przeprowadzki matka powiedziała do mnie: „Idź sam do kościoła, bo jestem bardzo zajęta z powodu naszej przeprowadzki, przyjdę później. Kościół jest na końcu ulicy”.
Poszedłem. Idąc do kościoła w połowie drogi usłyszałem śpiew. Zobaczyłem niedużą świątynię i wszedłem do niej. Było tam dużo ikon: Chrystusa, Bogarodzicy i różnych świętych. Jak zobaczyłem ikony, pomyślałem, że nie jest to protestancka świątynia, ani też katolicka. Wkrótce pojawił się Biskup w mitrze na głowie. Miałem wrażenie, że to tylko sen. Zostałem do końca liturgii, a tak prawdę mówiąc, nawet gdybym chciał nie byłbym w stanie wyjść, bo tyle ludzi było w cerkwi. Po zakończeniu Św. liturgii wszyscy podeszli do ucałowania krzyża i do błogosławieństwa. Biskup (a był to władyka Leoncjusz Chilijski, wielki przyjaciel świętego Jana Szanghajskiego) zauważył mnie. Zwrócił się do mnie najpierw po rosyjsku, potem po arabsku (obok była druga cerkiew, do której chodziło wielu arabów) – a ja dalej nie rozumiałem. W końcu przemówił do mnie po hiszpańsku: „Idź i ucałuj krzyż”. Odpowiedziałem: „Przepraszam, pomyliłem się, wszedłem tutaj przez przypadek”. Wtedy On powiedział do mnie łagodnie: „Nie, mój chłopcze, nie pomyliłeś się. Bóg cię tu przyprowadził”. Podszedłem, a on dał mi krzyż do ucałowania i powiedział: „Przyjdź jeszcze”.
jose_munoz_01To, co najbardziej mnie tam urzekło, to ubogi warunki i jego (tj. biskupa) miłość. Pomyślałem: „Jeśli biskup jest taki biedny, a ma w sobie tyle miłości, to jest to Prawdziwy Kościół”. I zacząłem tam chodzić.
Kiedy skończyłem 14 lat, poprosiłem biskupa: „Chcę przyjąć Prawosławie”. „Dobrze – odpowiedział, - ochrzczę cię, ale póki co nikomu nic o tym nie mów”. W Chile, tak samo jak w Hiszpanii, nawrócenie dziecka na inną wiarę może być prawnie karalne.
Ale nie byłem w stanie ukryć tego, że było to Boże działanie. Opowiedziałem o wszystkim matce. Wstrząśnięta tym, co się usłyszała i co się stało, postanowiła spotkać biskupa. Po spotkaniu wszystko okazało się zrozumiałe. Powiedziała do mnie tylko: „Zostań w tym Kościele i nigdy więcej nie wracaj do Katolickiego”. Myślę, że to wszystko stało się tak dlatego, że biskup Leoncjusz miał w sobie tyle miłości. Gdyby do mnie powiedział: „Idź stąd, nie wolno ci tutaj przebywać”, to najprawdopodobniej nie zostałbym prawosławnym. Ale on powiedział do mnie: „Wracaj!” i to wszystko zmieniło.
Jak trafiła do mnie ikona?
..Żyłem bardzo skromnie w Montrealu, nie miałem pieniędzy nawet na bilet na metro. Pewnego razu mimo wszystko wsiałem do metra i pojechałem na chybił trafił. Wysiadłem na jakiejś stacji i znalazłem się przed starą cerkwią ku czci Matki Bożej. Wszedłem do środka i zobaczyłem przepiękną ikonę Bogarodzicy «Страстная» („Nieustającej Pomocy”). Zacząłem się do niej gorąco modlić: „Przenajświętsza Bogurodzico, stoję przed Tobą. Sama mnie tutaj przyprowadziłaś. Wiesz, że chcę zostać mnichem, ale nie istnieje taki monaster, gdzie mógłbym pójść. Przyrzekam Ci żyć w ubóstwie, czystości i posłuszeństwie wobec Cerkwi”, Złożyłem to przyrzeczenie na kolanach. Kiedy się podniosłem, poczułem niezwykłą radość, a jednocześnie jakbym usłyszał w sercu odpowiedź Bogarodzicy: „Bądź gotowy, by Mi służyć”.
Służyć, ale jak? Tego jeszcze do końca nie wiedziałem.
Niedługo potem otrzymałem stypendium od rządu kanadyjskiego i zacząłem studiować teologię. W czasie nauki poznałem chłopaka rosyjskiego pochodzenia. Jego dziadek był prawosławny, a on sam był katolikiem. Powiedziałem do niego: „Twój dziadek codziennie modli się za ciebie na kolanach, żebyś został prawosławnym”. Niedługo potem przyjął Prawosławie. Ochrzcił go biskup Hilarion w Jordanville. Obydwaj pragnęliśmy pojechać na Atos, ale wydawało się to niemożliwe, ponieważ byliśmy bardzo biedni. Wtedy postanowiliśmy modlić się do Matki Bożej w Jej Atoskiej Ikonie, jako Ihumenii Świętej Góry. Modliliśmy się codziennie przed tą Ikoną czytając akatyst do Matki Bożej Atoskiej. To właśnie w tym czasie pewna dama zamówiła u mnie ikonę. Kiedy mi za nią zapłaciła, okazało się, że ta suma wystarczy nam na nasz wyjazd. W ten oto sposób pojechaliśmy na Atos. Chłopak, który mi towarzyszył, został w jednym ze skitów, w którym później przyjął monaszestwo. Ja natomiast kontynuowałem swoją pielgrzymkę. Bardzo pragnąłem zobaczyć pracownię ikonograficzną Skitu Proroka Daniela. Miałem jeszcze jednego towarzysza podróży – miał na imię Raul. Mówił po grecku i dobrze znał Atos. Pewnego dnia szliśmy górami przez osiem godzin. Droga była trudna, i w pewnym momencie poczułem, że nie jestem w stanie dalej iść, że muszę odpocząć. Rozłożyliśmy się na krótki odpoczynek. Popatrzyłem w dół i nagle zauważyłem pod nami kopułę. Zeszliśmy szybko na dół i znaleźliśmy się w niewielkim Skicie Bożego Narodzenia. Mnisi przyjęli nas bardzo gościnnie. Pokazali nam cerkiew, pracownię ikonograficzną. Pierwszy raz w życiu zobaczyłem tam „moją” ikonę – kopię słynnej Iwerskiej Bogarodzicy.
Widziałem wiele ikon, sam je piszę, ale kiedy zobaczyłem tamtą ikonę, serce zamarło mi w piersiach. Zapragnąłem ją kupić od razu, ale mnisi powiedzieli, że ikona nie jest na sprzedaż. To była pierwsza ikona, napisana przez nich w bizantyjskim stylu.
Nie mogłem oderwać oczu od ikony, podchodziłem do niej, żeby popatrzeć na nią z bliższej odległości, i tak wiele razy. Sprawdziłem, ile mam przy sobie pieniędzy – 700 dolarów. Zaproponowałem mnichom całą tę sumę i złoty zegarek – prezent od mamy. Lecz ihumen Klemens był nieugięty – ikona nie jest na sprzedaż. Nie wiedziałem co robić – wpadłem w rozpacz. Całą moją nadzieję położyłem w Przenajświętszej Bogarodzicy. Nocą, w czasie liturgii, kiedy mnisi zaśpiewali „Dostojno jest”, padłem na kolana i z całego serca błagałem Przenajświętszą Bogarodzicę, aby poszła z nami. Po skończonej modlitwie powiedziałem do swojego przyjaciela Raula: „Bogarodzica pójdzie z nami”. Poczułem, że tak się stanie, chociaż nie miałem ku temu konkretnych podstaw, tym bardziej, że po liturgii, kiedy jeszcze raz poprosiłem, żeby sprzedano mi ikonę, otrzymałem odpowiedź: „Jest to niemożliwe, proszę nie naciskać”. Ale wbrew wszystkiemu wierzyłem, że ikona pójdzie ze mną. Nie było to bynajmniej wyrazem mojej pychy i pewności siebie, lecz była to dziecięca wiara w cud.
Następnego dnia, żeby zdążyć na statek, mieliśmy mieliśmy wyjść ze skitu o 5 rano. Wszyscy mnisi, prócz ihumena, przyszli do nas, żeby się z nami pożegnać. Przed odjazdem przyjaciel powiedział do mnie: „Widzisz, wyjeżdżamy bez ikony”. Odpowiedziałem: „Jeszcze nie wyszliśmy ze skitu”. Byliśmy już u wrót, kiedy nagle dogonił nas ihumen, który niósł w rękach jakiś pakunek. „Józefie”, - powiedział – „Matka Boża chce iść tobą”. Nie wierzyłem własnym uszom. „Matka Boża, - zapytałem – jaka?” - „Iwerska”. Zadrżałem. Zaproponowałem im pieniądze, ponieważ mnisi żyli w ubogich warunkach. Lecz ihumen surowo mi odpowiedział, że pieniędzy za świętość nie biorą. Wtedy złożyłem obietnicę, że ikona nigdy nie stanie się źródłem dochodów.
Trzy tygodnie później wróciliśmy do mojego mieszkania w Montrealu. W noc przed świętem świętych Miny, Wiktora i Wincentego (24 listopada) nagle się obudziłem, czując w powietrzu niezwykły aromat. Na początku pomyślałem, że rozbił się flakonik z perfumami albo że aromat wydobywa się z relikwii świętych, które znajdują się w moim pokoju. Relikwie otrzymałem od władyki Leoncjusza i zaraz obok nich umieściłem Ikonę. Rano, kiedy zacząłem czytać godzinki przed Ikoną, zauważyłem, że cała pokryta jest mirem.
Na początku pomyślałem, że to oliwa z lampki, którą przypadkowo wylał na ikonę mieszkający ze mną w pokoju chłopak. Ale chłopak powiedział do mnie, że nie dolewał oliwy do lampki i nie poprawiał w niej knota. Wytarłem ikonę na sucho, ale niedługo potem znów pojawiło się na niej miro. Tak minął tydzień.
Miro nadal wypływało z Ikony i napełniało aromatem mój pokój. Wtedy zadzwoniłem do władyki Witalija. Przyszedł do mnie i osuszył Ikonę kawałeczkiem czystej tkaniny. A kiedy odłożył ją na miejsce, miro znów zaczęło wypływać. Wtedy padł na kolana i powiedział: „To jest Boży cud!” Ikonę odniesiono do katedry i w czasie liturgii miro wylewało się w takich ilościach, że ciekło na podłogę ….
Otrzymaliśmy tę wielką łaskę Bożego miłosierdzia nie za jakieś nasze zasługi, - ponieważ na nic nie zasługujemy! - lecz za krew tysięcy męczenników, przelaną w Rosji i w innych państwach. Ruski lud czcił Matkę Bożą przez ponad tysiąc lat z taką autentyczną miłością do Niej i tyle dla Niej wycierpiał, ze Matka Boża nie mogła o tym zapomnieć! Myślę, że Rosja to jedyny kraj, który tak bardzo wycierpiał i to właśnie dlatego, że była tam bardzo silna wiara. Ten kraj zrodził tylu męczenników, tylu wyznawców! Wydaje mi się, że gdyby Francja, Hiszpania i Niemcy doświadczyły czegoś podobnego, to jako państwa w ogóle przestałyby istnieć. Nigdzie tak, jak w Rosji, nie oddawano takiej wielkiej czci naszemu Zbawicielowi, Jezusowi Chrystusowi i Jego Przeczystej Matce.
Kiedy przywiozłem Ikonę z Atosu, umieściłem ją obok relikwii świętej mniszki-męczennicy Wielkiej Księżnej Elżbiety, oraz zamęczonej wraz z nią mniszki Barbary. Ikona zaczęła toczyć miro mniej więcej rok po kanonizacji nowych męczenników przez Rosyjską Zagraniczną Cerkiew Prawosławną. Myślę, że otrzymaliśmy tę łaskę nie z tego powodu, że jesteśmy tego godni, ale dzięki modlitwom tysięcy nowych męczenników, ujawnionych i tych nieznanych, byśmy przez to otworzyli nasze serca dla wiary …
Ciężko jest być opiekunem Ikony …dlatego, że ludzie, przychodzący do Niej, widzą również tego, który Ją nosi. Staram się być uważny. Mówię sobie: „Jeśli będę pełen miłości i miłosierdzia do bliźnich, to nie popełnię błędów, Bóg mnie zachowa, ponieważ On Sam jest Miłością i Miłosierdziem. Ludzie szukają prawdy, szukają Boga. Trzeba umieć ich słuchać, - to takie ważne, - umieć wysłuchać ich, współodczuwając i cierpiąc razem z nimi. Ludzie cierpią, szczególnie kiedy są daleko od Boga”… (Rozmowa z bratem Józefem w Sofii, Bułgaria, październik 1995 r.).

.
hermano_jos_mu_oz_cort_s„Pojawienie się sprawiedliwego na świecie jest zawsze owiane tajemnicą. Sprawiedliwi naszych czasów – to podwójna tajemnica. Przecież już święci Ojcowie pierwszych wieków przepowiadali, że w czasach ostatecznych sprawiedliwi zostaną ukryci przed wzrokiem ludzi, że nie będą czynić cudów przed ludźmi, lecz ich podwigi i znaki, podobnie jak i życie duchowe, będą dokonywać się w tajemnicy przed światem.
Józef Cortez Munoz, opiekun Iwerskiej, Montrealskiej Mirotoczywej Ikony jest nie tylko chrześcijańskim męczennikiem, ale również bezsprzecznie jest on wielkim, sprawiedliwym mężem naszych dni. Jego życie jest pokryte szczelną zasłoną tajemnic, dokładnie tak, jak mówią o tym proroctwa o świętych czasów ostatecznych. My, ze swojej strony, możemy jedynie w pobożnym milczeniu kontemplować widzialną dla nas stronę jego życia i służby Bogu. Józef jest chyba najbardziej tajemniczym świętym ostatnich dziesięcioleci, a może nawet stuleci….
Czarna zasłona tajemnicy okrywa okoliczności śmierci brata Józefa i z pewnością, związanego z nią ukrycia Montrealskiej Ikony. Jedno jest całkowicie jasne: już od dawna trwało polowanie na Józefa i jego Ikonę, by z pomocą wszelkich dostępnych środków śledzić go i mordować. Szczegóły nie są teraz ważne, bowiem wiadomo, że głównym zleceniodawcą tego mordu był sam szatan.
Jasne jest również i to, że kiedy w ten duszny, ateński wieczór w niedużym pokoju hotelowym kaci Józefa zaczęli swoja czarną, szatańską robotę, przy jego męczeńskim łożu niewidzialnie stała Sama Przeczysta i Przebłogosławiona Dziewica Maryja. I jest bardzo prawdopodobne, że w ostatnich momentach swojego życia Józef zobaczył Bogarodzicę na jawie. Jakże cudowne i długo oczekiwane spotkanie!
Nie bez przyczyny lekarz, który badał ciało brata Józefa, zauważył, że jego oczy były bardzo rozszerzone, jakby pod wpływem wielkiego zdziwienia, jakby w momencie śmierci zobaczył on swojego dobrego znajomego. Można być prawie pewnym, że Tą „Dobrą Znajomą” była Matka Boża.
Józefa mordowało przynajmniej trzech ludzi. Najpierw dwóch go trzymało, a jeden związywał, a potem wszyscy masakrowali męczennika. Przed rozpoczęciem tortur miała miejsce krótka rozmowa: mordercy grozili mu i czegoś żądali. Najprawdopodobniej mowa była o Montrealskiej Ikonie. Józef nie poddał się namowom i groźbom, ani nie bronił się, kiedy zaczęli go związywać. Potem zaczęli go strasznie i profesjonalnie torturować. Bili po głowie i szyi, przebili krtań, krew zaczęła cieknąć z ust i z oczu ….
Niebiańska, błogosławiona, pełna ognistej światłości radość, która w momencie cierpień rozświetla męczennika Chrystusowego, nieznana jest zwykłym śmiertelnikom. Właśnie to duchowe pocieszenie pomaga męczennikom pokornie i łagodnie znosić każde męki właśnie z powodu Chrystusa. W ten oto sposób Józef Munoz Cortes wszedł na swoją Golgotę.
Nie można szydzić z Boga. Nie można również szydzić z Przeczystej Bogarodzicy, niezależnie od tego, kto byłby posiadaczem Jej Cudownej Ikony. „Ikona podąża tam, dokąd zechce”, - jak często powtarzał Józef Munoz. Również i dzisiaj jest Ona tam, gdzie jest Jej miejsce, które z nieznanych nam przyczyn wybrał dla Niej Sam Bóg, a które jest dla Niej najlepsze i tam, gdzie jest najbardziej potrzebna. Pociesza nas opinia dwóch duchownych, ihumena Skitu Narodzenia Zbawiciela na Atosie, oraz ihumena monasteru świętego Mikołaja na wyspie Andros, gdzie Józef był dzień przed swoją śmiercią. Obydwaj twierdzą, że Ikona jest w dobrych rękach.
Natomiast zamordowany opiekun Cudownej Ikony Przenajświętszej Bogarodzicy już został przeniesiony z ziemi na niebiosa, do Swojego Stworzyciela, Który jest Początkiem wszystkiego, Praobrazem stworzenia.
Brat Józef przyjął śmierć męczeńską w Atenach w noc z 30 na 31 października 1997 roku, a dokładniej, nad ranem 31 października. Co to jest za dzień? 31 października to tak naprawdę poświęcony szatanowi, kiedy na Zachodzie tradycyjnie ludzie stroją się w kostiumy wiedźm, czartów i innych przedstawicieli sił ciemności.
Według cerkiewnego kalendarza, 31 października to dzień pamięci Apostoła i Ewangelisty Łukasza. Apostoł Łukasz był jednym z ulubionych świętych brata Józefa. Józef z wielką pieczołowitością chronił relikwie tego ojca ikonografii; często, kiedy pisał ikony, zabierał owe relikwie ze sobą do swojej pracowni ikonograficznej i stawiał obok, gdzieś w pobliżu.
Na czterdziesty dzień po śmierci brata Józefa na cmentarzu w Monasterze Świętej Trójcy w Jordanville, w czasie panichidy (nabożeństwa żałobnego za duszę zmarłego), przy silnym wietrze miał miejsce cud – nastąpiło samozapalenie się świec na jego grobie. Ów cud ze świecami wydarzył się 9 grudnia 1997 roku, to znaczy, w przeddzień święta Ikony Matki Bożej «Знамение» („Znamienie”). W ten sposób Matka Boża zesłała znak by uczcić święto Swojej Ikony a jednocześnie wysławić swojego wiernego sługę.
W czasie pogrzebu brata Józefa w monasterze Świętej Trójcy na jego ciele nie było żadnych oznak rozkładu i ani tym bardziej nie wydzielało ono trupiego zapachu, chociaż był to już dwunasty dzień po jego śmierci. Rok po tym wydarzeniu robotnicy kopali jamę nad grobem Józefa pod fundament grobowca i byli całkowicie zaskoczeni tym, że nie czują normalnego w takich wypadkach zapachu, wydobywającego się ze świeżej mogiły…
Dlaczego serce rosyjskiego prawosławnego narodu tak łatwo otwiera się na spotkanie brata Józefa? Dlatego, że Józef – to ostatni z wielkiej rzeszy Nowych XX- wiecznych Męczenników i Wyznawców, który jak Ci Rosyjscy również oddał swe życie za świętą wiarę Prawosławną. A teraz Niebiosa oddały mu głos, pozwoliły mu przemawiać.
A jeszcze dlatego, że jest on jednym z tych mnichów (po rosyjsku mnich to „инок”, słowo, pochodzące od wyrazu – иной – inny, nie ziemski; mnich to inny, nie należący do tego świata człowiek – uwaga tłum.) – czyli innych, należących do ludzi mądrych niebiańską mądrością, którzy, jak powiedział Fiodor Michajłowicz Dostojewski, przyniosą zbawienie Rosji.
Takimi mnichami byli w minionych czasach przepodobni Siergiej z Radoneża i Serafin Sarowski, a w naszych czasach – święty Jan (Maksymowicz) oraz hieromnich Serafin (Rose). Czci i kocha ich cała cerkiewna Ruś. Są oni świetlanymi wzorami, nauczycielami wiary i pobożności ruskiego ludu, Józef był właśnie jednym z takich mnichów, stojących między niebiańskim a ziemskim światem, otrzymujących światłość z wysokości i przekazujących ją wszystkim ludziom.
Józef powiedział coś takiego: „Rosja potrzebuje przykładu prawdziwego mnicha, który całkowicie odrzucił świat i poświęcił się Bogu…” Sam, nie wiedząc o tym, w ślad za świętym biskupem Janem i ojcem Serafinem, pokazał ów przykład zarówno Rosji, jak i całemu światu.
Choćby nawet Pismo Święte czy inną chrześcijańską literaturę wydawano w miliardowych nakładach, choćby otwarto niezliczone ilości uczelni i seminariów duchownych, chociażby na każdym kroku mówiono o tym, jacy jesteśmy prawosławni – mimo wszystko stale i niezmiennie, dzień po dniu, rok po roku, życie chrześcijan staje się coraz bardziej świeckie.
Dlatego jest konieczne, aby chociaż od czasu do czasu pojawiał się wśród chrześcijan mnich ducha Bożego (może nim być nawet człowiek świecki), który nie tyle słowami, lecz swoim życiem, a jeśli trzeba, nawet i 450px-brother_jose_-_monumentśmiercią odświeżyłby w świadomości chrześcijan Ewangeliczny ideał Chrześcijaństwa. Płomienne kazanie takiego człowieka jest w stanie ożywić setki ludzkich serc.
My, współcześni chrześcijanie, jesteśmy tak bardzo duchowo słabi i chwiejni, że nie wystarcza nam już czytanie z książek, ale koniecznie, chociażby raz w życiu musimy usłyszeć od żyjącego wśród nas na ziemi świętego, tą Ewangeliczną Dobrą Nowinę o tym, że „ów ziemski świat jest przemijającą rzeką, która wciąga w otchłań obojętnych na swój los marynarzy. Zachwyt i łzy, sukcesy i katastrofy statków na morzu – to fałszywy potok, czarujący miraż, wyziew grobowej pustki. Nie ma innej Prawdy prócz tej z Niebios!”
Dzisiaj z tą Dobrą Nowina przyszedł do nas brat Józef. Jeśli Bóg pozwoli, przyjdą w swoim czasie również i inni podwiżnicy (…)

[Mnich Wsiewołod (Filipiew), Monaster Św. Trójcy, Jordanville, USA, 1999-2002. Do napisania tej pracy wykorzystano odręcznie spisaną kronikę „Domu Ikony – Fundacji Pamięci brata Józefa”, Montreal, Kanada]
25 kwietnia na drugi dzień Tygodnia Zmartwychwstania Chrystusowego – Dzień święta Iwerskiej Ikony Matki Bożej

Źródło: http://www.orthedu.ru/nev/4-52/pravedniki.htm

Icons by N.Design Studio. Designed By Ben Swift. Powered by WordPress
RSS Zaloguj