Inna twarz buddyzmu …

Po polsku, Polecane

mahakala_devilAby zrozumieć czym jest w rzeczywistości buddyzm lamaistyczny przypominamy opublikowany już kiedyś fragment znanego opracowania “Ofiara ludzka a ofiara Boska” autorstwa diakona Andrieja Kurajewa.

W namiocie Dża-lamy wisiał „tulum” - skóra zdarta w roku 1913 z kirgiskiego jeńca bez rozcięć, w kształcie worka, dokładnie wypreparowana przy pomocy soli i wysuszona. To nie był łup wojenny, lecz najpotrzebniejsze narzędzie modlitwy.

DIAKON ANDRIEJ KURAJEW

“Jest takie plemię w Nowej Gwinei, przy zawieraniu znajomości z przedstawicielami którego w żadnym wypadku nie wolno podawać swojego imienia,
przekazywać jakichkolwiek wiadomości o sobie czy też korzystać z ich pomocy. To są asmaci - bardzo dziwny naród, wzmianka o którym wywołuje lęk, bo to są okrutni lowcy czaszek i kanibale. W roku 1961 znikl tam bez śladu Michael Rockefeller, syn człowieka, który byt wówczas burmistrzem Nowego Jorku i jednym z najbogatszych ludzi Ameryki. Dwudziestu marynarzy kapitana Cooke’a, którzy w roku 1770 wyszli ze statku na brzeg w poszukiwaniu wody, zostało ofiarami tubylców. Miejsce to zdobyło złą sławę. Ludożerstwo, dziwne i niezrozumiałe, utrwaliło w oczach cywilizowanego świata obraz asmatów jako łaknących krwi potworów.

W latach 20. Holendrzy, którzy panowali na tych terytoriach, zdecydowanie walczyli z ludożerstwem. Potem walkę tę z taką samą mocą kontynuowali Indonezyjczycy. Ale kanibalizm nie został zwyciężony, lecz istniał dalej, tylko już w podziemiu. Asmaci wyeliminowali wszelkie oznaki ludożerstwa ze swego życia publicznego. Uważają oni, że śmierć jednego człowieka dodaje mocy życiowej innemu. Zabijając człowieka z innego plemienia, w ten sposób jakby przedłużają swoje własne życie. Lecz tylko ten, kto zna imię zabitego, może „korzystać” całkowicie z owoców polowania. Dlatego powodzenie wojownika asmackiego zależy od umiejętności dopilnowania swojej ofiary i dowiedzenia się jak najwięcej na jej temat. „Moralnym” podłożem dla działalności łowców głów są duchy przodków, które ciągle wymagają zemsty.

To ich dusze ponoszą odpowiedzialność za wszystko, to ich duchowe siły bronią przed złymi mocami, które czyhają na człowieka wszędzie. Dlatego kult zmarłych stał się organiczną częścią asmackich wierzeń… Chwalą wojownika jest zwycięstwo i nie jest wcale ważne, za jaką cenę. Jeżeli jest to potrzebne, zaprzyjaźni się w tym celu z mieszkańcami sąsiedniej wioski, zaprosi ich do siebie w gości, poczęstuje, udzieli pomocy, a wszystko po to, żeby dowiedzieć się na temat wroga jak najwięcej, a pewnego razu napaść i zabić. Z perspektywy białego człowieka jest to dziwny styl relacji. Bardzo logicznie w tym kontekście wygląda odbiór przez asmatów historii biblijnej, ciągle cierpliwie opowiadanej im przez misjonarzy, którzy sami jeszcze nie tak dawno cierpieli od podstępnych kanibali. Tak więc Judasz w oczach asmatów wygląda w porównaniu z ciągle wybierającym, słabym i szczerym Chrystusem na prawdziwego zwycięskiego wojownika, ponieważ potrafił zdobyć zaufanie wroga, dopilnował odpowiedniego momentu, okłamał swoją ofiarę i zadał doskonały cios. Osiągnął swój cel, przeżył, a Chrystus…

Asmaci. Mężni, mocni wojownicy, ludzie, którzy nie ustąpili przed okupantami.
Tak, z perspektywy białego człowieka są oni podstępni, chytrzy, łaknący krwi, nie wyznający naszych zasad moralności i naszego stylu życia. Szkoda jednak, jeśli kiedyś cywilizacja zniszczy ich unikalność.”

Jeśli akceptują Państwo zmartwienie autora powyższego artykułu z „Ogonioka”, że ludożerstwo może kiedyś zniknąć, w rezultacie czego nasz świat stanie trochę mniej pluralistyczny, mogą Państwo dalej nie czytać niniejszego tekstu.

Rozważaniami na temat kanibalizmu, jak myślę, można zakończyć dyskusję na temat: czy można porównywać religie między sobą?. Tak jest, religie są różne, różnice pomiędzy nimi można zauważyć, potem uświadomić sobie, że jedne praktyki religijne są, delikatnie mówiąc, „bardziej archaiczne”, a inne „bardziej duchowe”. Religia, w której są praktykowane ofiary z ludzi, wydaje mi się „mniej wzniosła” niż ta, która wymaga tylko ofiar ze zwierząt. Z kolei religia, która zaleca na święto zabijać jagnięta, ustępuje tej, w której „ofiarą wieczorną” nazywa się ustna modlitwa i zwrócenie serca człowieka ku Bogu. I nawet jeśli mi udowodnią, że kult domagający się ofiar z ludzi jest starszy od praktyki czytania psalmów wieczorem, to i tak wolę nie mieć nic wspólnego z „ezoterycznymi legendami starożytności” i pozostać w łonie nie tak starej tradycji.

Całkowicie akceptuję wybór młodego bramiana hinduskiego, który zmienił swoją starą „ezoteryczną” tradycję na młodsze i mniej poetyckie chrześcijaństwo: Mój dziadek Singh praktykował okultyzm na serio i zawsze krytykował tych, którzy zajmowali się wyłącznie filozofią i nawet nie dążyli do wykorzystania nadprzyrodzonych mocy. Pewnego razu moja babcia Nani wyjawiła mi tajemnicę, którą ukrywała przez wiele lat: Singh złożył w ofierze swego pierworodnego syna swojej ulubionej bogini Lakszmi, małżonce Wisznu-stróża. W Indiach był taki zwyczaj, chociaż nikt o nim otwarcie nie mówił. Jako bogini bogactwa i dobrobytu pomogła ona ziadkowi w błyskawicznie krótkim czasie zostać najbogatszym i najbardziej wpływowym człowiekiem w Trynidadzie. W tym artykule faktycznie nie będę mówił w swoim imieniu. Chcę po prostu pokazać, w jakim kontekście zabrzmiało wezwanie proroków, a potem Chrystusa. To, co tkwi głęboko w wodach historii, często jest odbierane niewyraźnie i nostalgicznie. Ale są na ziemi wysepki, gdzie wiele pozostało tak, jak dawniej. Tam nie usłyszeli Ewangelii.

Jedną z takich wysepek jest świat lamaizmu. Substratem, który „zamroził” Tybet, zatrzymując jego rozwój duchowy w epoce przedbiblijnej, był buddyzm. Problem polega na tym, ze w buddyzmie nie ma pojęcia Boga. Ani Jedynego Osobowego Boga Stwórcy nie ma w filozofii buddyzmu, ani nawet Brahmana, Ducha Wszechświata. Wszystko, co istnieje, jest psychicznym potokiem. Wszystko jest objawieniem energii psychicznej i dlatego ze wszystkiego można korzystać, ale pod jednym warunkiem - nie szkodzić wspólnocie buddystów.

Do Tybetu buddyzm mahajana przyszedł w VII wieku. W IX stuleciu dotarł on przez arystokrację i kręgi naukowe do pospolitej ludności w formie lamaizmu, stworzonego przez Padmę Sambhawę.

Ludność Tybetu wtedy jeszcze była w epoce szamanizmu. Ich wiara polegała na kontaktowaniu się z duchami, i to duchami całkowicie i otwarcie złymi. Zgodnie z logiką rozwoju religijnego, z czasem mogliby oni zaakceptować ideę Jedynego Bóstwa i pójść ogólnoludzką drogą rozwoju… Lecz przyszli do nich buddyjscy kaznodzieje i powiedzieli, że Boga nie ma. Ale duchy są (ponieważ filozofia buddyzmu w zasadzie dopuszcza różne formy istnienia, jeśli tylko ktoś stale i zdecydowanie myśli o nich oraz przekazuje im swoją energię). Naprawdę każdy buddysta wie, że posłuchać kazania Buddy przylecieli nawet bogowie. A Bóg nie przyszedł. Znaczy to, że Go nie ma. Szamański kult został wzmocniony filozofią buddyzmu. Po przybyciu do Tybetu Padma Sambhawa rozpoczął budowę klasztoru Samie. Demony jednak sprzeciwiały się budowie. Padma Sambhawa rozpoczął walkę przeciwko nim zwyciężył i zrobił z nich niewolników, którzy ukończyli budowę. Stąd wzięło się ulubione powiedzenie Heleny Roerich: „Demony budują świątynię”, Poza tym założyciel lamaizmu po zwycięstwie nad mocami diabelskimi jako warunek odzyskania przez nie wolności postawił przed nimi bardziej długofalowe zadanie. Od tego czasu zobowiązane one zostały do obrony czystości buddyjskiej wiary. Z punktu widzenia tantryzmunie opłaca się w ogóle unikać kontaktów z duchami ciemności i złymi energiami, ponieważ nie warto odrzucać ich, lecz należy nauczyć się wykorzystywać je w swoich celach. Każda energia może przydać się w okultystycznym gospodarstwie. Oparte na takim założeniu dogadzanie tym okrutnym i krwiożerczym demonom zajęło naczelne miejsce w kulcie miejscowej ludności. W buddyjskich klasztorach Mongolii i Tybetu codzienne nabożeństwo poranne zaczyna się od złożenia krwawej ofiary „obrońcy wiary Dżamsaranowi oraz innym okrutnym bóstwom i demonom”, „boskim katom i zabójcom wrogów wiary i cnót”.

Oto opis owego nabożeństwa, przytoczony w księdze rosyjskiego etnografa A. M. Pozdniejewa, wydanej ponownie w 1933 roku w Kałmucji przez samych buddystów: Ci, którzy przynoszą balin huwaraki przed rozpoczęciem nabożeństwa, najpierw powinni kontemplować Dżamsarana i wyobrazić sobie całą przestrzeń świata pustą. W tej pustej przestrzeni muszą wyobrazić sobie bezgraniczne morze ludzkiej i końskiej krwi ze wzburzonymi falami; pośrodku tych fal - prostokątną miedzianą górę, na jej szczycie - sionce, zwłoki człowieka i zwłoki konia, a na nich stoi Dżamsaran. Twarz ma czerwoną, w prawej ręce, z której wychodzi ogień, trzyma miedziany miecz oparty o niebo; mieczem tym siecze życie tych, którzy złamali obietnice. Lewa ręka trzyma nerki i wątrobę wrogów wiary, pod pachą znajduje się wciśnięta skórzana czerwona flaga. Usta są szeroko otwarte, widać cztery białe kły, ma troje oczu i straszliwie zagniewany widok. Ukoronowany jest pięcioma ludzkimi czaszkami. Stoi pośród plamieni ognia mądrości.
Po złożeniu kielicha krwi temu oraz innym demonom, wyznawcy wzywają ich, by zniszczyli wrogów, szczególnie tych, którzy przeszkadzają rozpowszechnianiu się wiary i świętości buddyzmu. Oto zwrócone ku nim wołanie:

“Przywołuję tego, który ma swoje wieczne mieszkanie w południowo zachodniej ziemi trupów, władcę życia, wielkich czerwonych katów i szymnusów, którzy pilnie strzegą poleceń Dżamsarana, przybywajcie na mocy obietnicy… Żeby pocieszyć Dżamsarana i jego towarzyszy, witam ich wielkim morzem rożnej krwi… Om-ma-hum…Uczyńcie prochem wszystkie wrogie moce i przeszkody, zgodnie ze swymi srogimi i okrutnymi prawami… Ty, który otworzyłeś usta i pokazaleś kly, ty, który masz troje oczu na strasznej twarzy, ty, który zawiązałeś w warkocz swe ciemnożółte włosy, ty, który włożyłeś na siebie wieniec z czaszek, majestatyczny bohaterze, obdarzony twarzą, na którą nie da się patrzyć, uwielbiam ciebie! Wychwalam stojącą po twojej prawicy Uhin-tengri, która trzyma w swych rękach miecz i gwoźdź, która ma granatowe cialo i czerwoną twarz! Królu stróżów-jakszasów, matko z czerwoną twarzą, wściekłych ośmiu noszących miecze, straszliwi kaci, pomnóżcie waszą energię! Wszystkim grzesznym, czyniącym przeszkody lamaizmowi, wszystkim, którzy trzymają się herezji, pokażcie waszą silę i ratujcie, wyzwolicie! Posyłając z góry szymnusów używających noży, zagarnijcie wrogów siecią, przebijcie ich gwoździami, zniszczcie ich mieczami, uderzcie włóczniami, zjedzcie serce! Ale przymuszając ich, by skończyli swe ziemskie złe istnienie, uratujcie ich dusze! Połóżcie kres życiu tych złych wrogów! Ich mięso, krew i kości zjedźcie waszymi ustami! Przyjmijcie tą ofiarę ciała i krwi znienawidzonych wrogów! Poprowadźcie mnie drogą cnoty, ale pokarajcie wrogów jawnymi znakami! Zniszczycie wrogów lamaizmu i wiary w ogóle, ponieważ tylko tak można zachować wiarę i świętą naukę!”

Tak więc jeśli mówimy, że wszystkie religie są jednakowe, warto przyjrzeć im się bliżej. I zapytać, czy można, przykładowo, na jednym ołtarzu postawić „Zbawiciela” Andrieja Rublowa i maski bóstw lamaizmu? Czy można w ramach jednego porannego nabożeństwa przeczytać modlitwę chrześcijanina i modlitwę tybetańskiego mnicha?

Żeby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba zwrócić się ku tekstom. Poranną modlitwę buddysty już słyszeliśmy. Dla porównania proponuję poranną
modlitwę prawosławnego chrześcijanina, ale nie do Boga, tylko do Anioła Stróża:

Aniele święty, bądź towarzyszem mojej grzesznej duszy i mego niecnotliwego życia; nie porzucaj mnie, grzesznego, nie odstępuj ode mnie z powodu moich braków;
nie pozwól podstępnym demonom rządzić mną za pomocą dala; umocnij mnie, biednego i słabego, i prowadź mnie drogą zbawienia. Święty Aniele Boży, stróżu i patronie mojej grzesznej duszy i ciała, wybacz mi wszystko, czym obraziłem Ciebie podczas mego ziemskiego istnienia, i to, czym obraziłem Ciebie dzisiejszej nocy; opiekuj się mną w dniu dzisiejszym, strzeż mnie od wszelkich pokus, bym żadnym grzechem nie obraził Boga. Módl się za mną do Pana, żeby utwierdził mnie w swej bojaźni i udzielił swoich łask obficie. Amen.

Jak słusznie zauważa. L. Jozefowicz, Archaniola Michała, przywódcę wojska niebieskiego, który teżjest bardzo wojowniczy, trudno wyobrazić sobie w diademie ze ściętych głów i ściskającego zębami wnętrzności przeciwników chrześcijaństwa. I nawet jeśli te fizjologiczne szczegóły były tylko symbolami walki wyłącznie duchowej, sam ów metaforyczny język zasadniczo różni się od języka chrześcijańskiego.

W tybetańskiej Szambali miała miejsce i praktyka. Mnie, przebywającemu od 15 lat pośród Mongołów, wydawała się czymś bardzo dziwnym rozmowa z kapłanem, buddyjskim lamą, przedstawicielem ruchu „chroń wszystko, co żyje”, na temat ofiar z ludzi. A jednak niedowiarek zobaczył to na własne oczy. Ofiary z ludzi istniały u północnych buddystów do XX wieku.

Oto na przykład jedno z dzieł słynnego Tuszegun-lamy (albo Dża-lamy), który uważał siebie za wcielenie Mahakali, Wielkiego Czarnego Boga, wywołującego niemal przez pól wieku zamieszanie w stepie, wzbudzającego lęk u nomadów i uznawanego za świętego jeszcze za życia.7W sierpniu 1912 roku po walce przy chińskiej twierdzy Kobdo Mongołowie porwali 35 chińskich handlarzy (proszę zauważyć: to nie byli żołnierze, lecz kupcy). Zdecydowali postąpić z nimi według dawnego tantryjskiego rytuału „poświęcenia sztandarów”. Zwolując naród przy pomocy trąb z muszli, lamowie przynieśli damary - bębny zrobione ze skóry ludzi, instrumenty muzyczne z człowieczych kości, garnuszki z krwią dla demonów. Lamowie, i przelożeni, i podwładni, z wielkim trudem przeszli przez dum… Z dużą sprawnością szybko rozebrali ofiary. Ręce i nogi ich założyli za plecy, głowy ofiar zwrócone były ku niebu, warkocze zaś przywiązane do rąk i nóg w taki sposób, by pierś wypięta była naprzód. Lamowie zaczęli coraz głośniej czytać modlitwy i zaklęcia, coraz szybszy stawał się ich okropny śpiew. Do przodu wystąpił Dża-lama, jak wszyscy lamowie z gołą głową, w czerwonym płaszczu. Wypowiedziawszy słowa modlitwy, przyklęknął przed pierwszym z Chińczyków, wziął do lewej ręki krotki nóż ofiarniczy podobny do sierpa.. Błyskawicznie uderzywszy lewą ręką w pierś, Dża-lama prawą wydarł jeszcze żywe serce. Strumieniami krwi Mongołowie napisali na płótnie „formuły zaklęć”, gwarantujące im pomoc dokszytów, które doceniły ich zwycięstwo.

Potem Dża-lama włożył skrwawione serce do przygotowanej wcześniej gabali - kielicha, który zrobiony był z górnej części czaszki człowieka, upiększonej srebrem. I znów jęk nowej ofiary, dopóki wszystkich pięć sztandarów nie zostało wymalowanych krwią z serc. Lamowie szybkim uderzeniem noża otwierali czaszki i natychmiast rzucali ciepły jeszcze mózg do gabali, do martwych serc… Widzowie na początku odchodzili przestraszeni, ale potem krzyczeli coś, okazując zadowolenie, jakby w ich duszach zaczynał płonąć mały ogień… Nadeszła kolej następnych pięciu ofiar, w tym i porwanego Sarta. Właśnie do niego pierwszego podszedł Dża-lama. Wysokie „allah-il-allah” zabrzmiało w dolinie, podczas gdy on cienką ludzką kością otworzył Sanowi arterię i zaczai wypuszczać krew do gabali. San umierał jak prawdziwy muzułmanin: odma- wiał ostatnią modlitwę i patrzył w ojczyste strony, dopóki nie upadł na trawę. Los je- go czterech towarzyszy nie był lepszy. Powoli tracili krew. Dża-lama tą krwią umierających wrogów pokropił stojących w pobliżu i drżących ze strachu żołnierzy. Martwe ofiary rzucono w ogień.

Kiedy zarządca księcia dotarł na miejsce ofiary i próbował zatrzymać rytuał, mówiąc, że „żółta wiara” nie akceptuje takich obrzędów, odpowiedziano mu: Dża-bogdo-lama sprawuje ofiarę tantryjską zgodnie ze starym rytem, który jest przekazywany ustnie i potajemnie. Jego rozkaz jest dla nas ważniejszy! Tak nakazuje
postępować z wrogami religii Mahakala. Co jest naprawdę warte słowo księcia w porównaniu z autorytetem świętego! A on jest nawet więcej niż świętym:
Mahakala najpierw był jednym z wcieleń Sziwyjako niszczyciela świata.

Mahakalę lamowie-malarze powinni byli malować zawsze z mieczem albo nożem, na tle oczyszczającego ognia, z szeroko otwartymi ustami, które są gotowe wpijać się w serce wrogów żółtej wiary, wypić ich jeszcze nie wystygłą krew. Ten dokszyt (po tybetańsku, w sanskrycie: dżarmapal) nie tylko zwycięża Zło, ale przeżywa zadowolenie na widok cierpień nosiciela owego Zła. To nie jest wcale obraz ciemnych mocy, to nie oblicze zła.
Nie, to jest po prostu obraz patrona „żółtej wiary”, oblicze tych mocy, które bronią buddyzmu tybetańskiego. Zarówno on, jak i podobne mu duchy nazywane są w lamaizmie „Ośmioma Straszliwymi” (Mahakala, Zagan-Mahakala, Erlik-Han, Ohin-Tengri, Durben-Nigurtu, Namsaraj, Dżamsaran, Pamba).

Mahakala jest demonem, który sam nie potrafi osiągnąć nirwany, lecz podbity przez Padmę Sambhawę i innych buddyjskich bohaterów musi wiecz-
nie walczyć z tymi, którzy przeszkadzają w rozpowszechnieniu buddyzmu, przynosi zlo ludziom lub przeszkadza im sprawować święte obrzędy.12
Dalajlamowie (według świadectwa obecnego Dalajlamy XIV) od dzieciństwa związani są z czarnym bogiem Mahakala: Wkrótce po moim urodzeniu na
dachu naszego domu osiedliła się para kruków. To jest szczególnie interesujące, ponieważ podobne rzeczy przydarzyły się i po urodzeniu pierwszego, siódmego, ósmego i dwunastego Dalajlamy. Później, kiedy Pierwszy Dalajlama wyrósł i dotarł na wyżyny praktyk duchowych, podczas medytacji miał bezpośredni kontakt z bóstwem-obrońcą Mahakala. I wtedy Mahakala powiedział mu: „Ci, którzy jak ty podtrzymują naukę buddyzmu, potrzebują obrońcy podobnego do mnie”. Tak więc widać z tego, że między Mahakala, krukami i Dalajlamami istnieje pewna więź.

Poza tym laureat Pokojowej Nagrody Nobla wcale nie wyrzeka się współpracy z demonami i „boskimi katami”: Żeby współpracować z tzw. gniewnymi obrońcami, musimy osiągnąć konieczny poziom rozwoju duchowego. Kiedy człowiek osiągnie pewne wyniki albo stabilność w praktykowaniu jogi, szczególnie w dziedzinie jogi bóstw, i rozwija w sobie dumę tego bóstwa, otrzymuje zdolność wykorzystywania mocy różnych obrońców i bóstw… To jest prawidłowa droga… Zrobilem poświęcenie czakry Kali. Wyobrażałem sobie przy tym przeróżnych obrońców narodu tybetańskiego, tybetańskiego społeczeństwa… Te bóstwa mogą wywierać wpływ na to, co się dzieje w świecie.”

Dalajlama nie powiedział, niestety, że po to, by wywrzeć wpływ na owe „gniewne bóstwa” i przymusić je do „wywarcia wpływu na to, co się dzieje w świecie”, trzeba wypełnić tajne obrzędy tantry. To, co robił Dża-lama, nie jest orgią wariata; złożenie takiej ofiary jest dostępne tylko dla tych wybranych jednostek, które, zgodnie z tantryzmem, dostąpiły obietnicy diamentowego rydwanu Wadżry.”To, czego Dża-lama nie robił często, inspirowane było zwykłymi obrzędami lamaizmu. Przykładowo: w namiocie Dża-lamy wisiał „tulum” - skóra zdarta w roku 1913 z kirgiskiego jeńca, bez rozcięć, w kształcie worka, dokładnie wypreparowana przy pomocy soli i wysuszona. To nie był łup wojenny, lecz najpotrzebniejsze narzędzie modlitwy. Są takie modły lamów, kiedy należy położyć przed sobą skórę Mangusa - wciełenia zła; inna sprawa, że kiedy jej brakuje, to trzeba polożyć kawalek bialej tkaniny, która symbolizuje tulum Mangusa. Ponieważ Dża-lama zaczai budować duży klasztor, potrzebowal skóry wroga dla przyszlych huralów, nabożeństw.

„Tulum” towarzyszący Dża-lamie w jego podróżach jest interesujący jeszcze z innego powodu. Każdy naród, każde miasto, oprócz uszanowania Jedynego Niebieskiego Ojca (jeśli jeszcze o Nim pamiętają), dąży do tego, by mieć „bliższego” niebieskiego patrona. Moskwa ma św. Jerzego, Sankt-Peterburg św. Aleksandra Newskiego. W starożytności Pallas Atena była patronką Aten, Artemida - Efezu… A kogo lamaici uważają za patronkę swej świętej stolicy,
Lhasy? Boginię Lhamo. Jej wizerunek ukazuje ją jako skaczącą w morzu krwi na mule, okrytym straszliwym nakryciem - „tulumem”zrobionym ze skóry jej syna, którego sama zabiła, ponieważ zdradził „żółtą wiarę”.

Obrzędy Dża-lamy nie były na tyle ezoteryczne, by nikt inny ich nie praktykował. Kiedy jeden ze współtowarzyszy Dża-lamy, Maksarżaw, zdobył władzę, nie tylko zniszczył biały garnizon atamana Kazancewa (cześć dywizji barona Ungerna von Sternberga). Zjedzone zostało również serce esauła Wandanowa, buriackiego buddysty. Kiedy Wandanow zjawił się w obozie, czedżyn-lama od razu wpadl w trans, bóstwo, które wcieliło się w niego, domagało się ja-
ko ofiary żywego serca Wandanowa. Zastrzelono Wandanowa, a wyjęte serce oddano opętanemu czedżynowi, który zjadł je w eks- tazie. Później mówił, że podczas transu działało przez niego bóstwo i to nie on, ale ono zjadło serce Wandanowa.’Uczestnicy owego rytu opowiadali Burdukowowi, żejego [Wanadanowa] tłuszcz i mięso zabrali na leki, ponieważ w medycynie tybetańskiej mięso, tłuszcz, czaszka człowieka i wiele innych rzeczy jest wykorzystywanych jako leki. Mięso i tluszcz w większości wypadków są brane od (?) Wandanow został złożony w ofierze podczas znanego nam już rytuału święcenia sztandarów. Lecz w tym wypadku były to już czerwone sztandary bolszewików. Przywódca czerwonych Mongolow, Maksarżaw, otrzymał niedługo potem Order Czerwonego Sztandaru…

Niedługo później do owych „czerwonych Mongołów” (według określenia Burdukowa) trafił jako jeniec feldfebel Filimonow z Bijska. I w tym wypadku serce jeńca było ofiarowane czerwonemu sztandarowi i zjedzone. Obrządku dokonał ten sam obecny przy Maksarżawie czedżyn-lama. Ciekawe, że we współczesnych przypadkach składania ofiar z ludzi inicjatorami byli przełożeni lamaizmu - Dża-lama i czedżyn. 20

Nie chodzi o ekscesy. To jest tradycja. Oczywiście, ezoteryczna… W północnym buddyzmie w świątyniach wykorzystywane są instrumenty muzyczne z człowieczych kości, z tego samego materiału zrobione są i ziarna buddyjskich różańców… Gabala była produkowana z czaszki prawiczka, który zmarł śmiercią naturalną i nie zabił żadnej żywej istoty. Do niej była wylewana krew ofiarniczych zwierząt dla przywołania groźnych dżarmapali.”

Kiedy opowiadałem innym o takich stronach buddyzmu, ludzie zazwyczaj reagują jednakowo: To nieprawda. Wszyscy wiedzą, że buddyzm jest najbardziej pokojowy ze wszystkich religii na ziemi! Ludzie w tak dużym stopniu uwikłani są w idee obowiązującego „pokoju pomiędzy religiami”, na tyle zniewoliła ich propaganda „równej wartości” (chociaż przy tym istnieje domniemana wyższość buddyzmu nad chrześcijaństwem), że nawet Inessa Lomakina, autorka księgi o Dża-lamie, w której jest tyle okropnych scen, uważa za konieczne głoszenie komplementów pod adresem „mądrości lamaizmu”. Młoda kobieta, członkini buddyjskiej wspólnoty z Petersburga, po przeczytaniu fragmentu tego rękopisu zapytala mnie „Dlaczego te wszystkie okropieństwa, te ofiary? Buddysta nie zerwie nawet trawy, uwielbia wszystko, co żyje na ziemi. A może Panijest przeciwniczką odrodzenia lamaizmu?” „Nie, nie jestem przeciwniczką, teraz chyba każda wiara jest dobra.
Tylko lamaizm jest wiarą osobliwą, która ma w sobie coś z mądrości Stepu”.22 Oczywiście, wydzierać serca z piersTludzi - to jest „dla dobra człowieka”. Karma zabitego staje się od tego lepsza.

Dla Ungerna i Dża-lamy krew na kwiecie buddyjskiego lotosu wydawala się czymś bardzo dla niego naturalnym i prawdziwym.”Kiedy Burdukow zapytał Dża-lamę, jak będąc mnichem buddyjskim może nosić oręż, walczyć i zabijać, ten odpowiedział mu: Ta prawda („chroń wszystko, co żyje”) jest dla tych, którzy dążą do doskonalości, lecz nie dla doskonałych. Podobnie jak człowiek, który wszedl na górę, powinien zejść na dól, tak i doskonali powinni zejść w dól, w świat,
żeby slużyć dobru innych i brać na siebie ich grzechy. Jeśli doskonały wie, że jakiś czlowiek może zniszczyć tysiące sobie podobnych i sprowadzić nieszczęście na naród, może on zabić takiego człowieka, żeby uratować tysiące i naród. Zabójstwem oczyszcza duszę grzesznika i przyjmuje jego grzechy na siebie.2* Tak więc buddyzm potrafi usprawiedliwiać przestępstwa dokonywane przez swych zwolenników.

Nie zważając na to, współczesna propaganda kulturowa (tak okultystyczna, jak i świecka) ciągle narzuca kłamstwa na temat lojalności i pokojowego cha-
rakteru buddyzmu w przeciwieństwie do „łaknących krwi” chrześcijan. To są hasła w stylu: Buddyści są jedynymi z wierzących, którzy w ciągu dwóch ipól tysiąca lat nigdy nie byli przyczyną rozlewu krwi. Buddyści nigdy nie rozpoczynali wojny, tym bardziej ze swymi współziomkami. Nigdy nie zmuszali do przyjęcia swej wiary ogniem i mieczem, jak to robili chrześcijanie.25

Cóż, posłuchajmy opinii specjalisty-historyka: Większość zachodnich badaczy buddyzmu podkreśla „pokojowy” charakter jego nauki w porównywaniu z islamem albo chrześcijaństwem, zapominając o tym, że wielu książąt starożytnego i średniowiecznego Wschodu bylo nazywanych w buddyzmie „czakrawartynami”, „bodhisatwami”, „buddharadżami”, chociaż niektórzy z nich slynęli ze skrajnego okrucieństwa i mszczenia calych narodów, np. Asioka, Dżyngis-chan i inni. Historia zna wiele wypadków, kiedy agresja byla usprawiedliwiana motywami religijnymi: są to wojny na wyspie Cejlon o Ząb Buddy, pochód króla birmańskiego Anurudhi przeciwko państwu Thaton w celu otrzymania prawa palijskiego itp. E. O. Berzin zauważa, że „walka w celu niszczenia państw starego typu i tworzenie państw nowego rodzaju, jak to
się dzialo w średniowieczu, dokonywaly się pod haslami religijnymi. W taki sposób na pierwszy rzut oka przedstawia się walka buddyzmu hinajany z buddyzmemmahajany w Tajlandii, Kambodży, Laosie, walka starych animistycznych kultów przeciwko buddyzmowi hinajany w Birmie, walka konfucjanizmu przeciwko buddyzmowi mahajany w Wietnamie, w końcu walka synkretycznej religii buddyzmu-hinduizmu przeciwko kaplanom każdej z tych religii osobno w Indonezji. Konieczność i sprawiedliwość takiej polityki wladców - patronów sanghi i karmy - ideologowie buddyzmu uzasadniali odwołując się do edyktów Asioki, które stanowią uświęconą egzegezę buddyjskiej terawady, oraz do kanonicznego traktatu „Milindapańha”, który w ogóle rozpatruje naturę tych wojen za pośrednictwem koncepcji czakrawartina. Trzeba zauważyć, że polityka dharmawidżaji (dosłownie: „podbojów przy pomocy dharmy”) jest znana w państwach buddyzmu południowego jako część koncepcji czakrawartina, zgodnie z którą wladca powinien rozpowszechniać dharmę na sąsiednie państwa, tzn. podboje są jego obowiązkiem.26

Często bywało, że buddyjskie sekty Tybetu załatwiały porachunki między sobą z bronią w ręku.27 W Japonii zaś buddyzm i szintoizm przelewał już krew chrześcijan. Przed rozpoczęciem prześladowań żyło ich tam 300 tysięcy. Uznano to za zagrożenie dla narodowego bezpieczeństwa Japonii i dobrobytu buddyjskich klasztorów. Wyjęto chrześcijaństwo spod prawa. W roku 1623 stracono 27 chrześcijan. W latach 1618-21 zabito kolejnych 50 chrześcijan - Japończyków. Następny rok - 1622 - przeszedł do historii Kościoła japońskie- go jako rok męczenników: 30 chrześcijanom ścięto głowę, 25 spalono żywcem (wśród nich dziewięciu katolickich kapłanów-obcokrajowców). Trwało to dwa i pół wieku. Kiedy w drugiej połowie XIX stulecia chrześcijaństwo w Japonii odzyskało wolność, wyznawców Chrystusa pozostało tam 100 tysięcy (historycy podkreślają, że tylko ci wyrzekli się wiary, większość wybrała śmierć).28
Podłożem filozoficznym tych prześladowań był traktat „O szkodliwości chrześcijaństwa”, napisany przez buddyjskiego mnicha Sudena.29

Najskuteczniejszą częścią wspomnianej już dywizji Ungerna von Sternberga była tybetańska „setka”, którą zaoferował baronowi Dalajlama.30 Tak więc lamowie tybetańscy posiadali zarówno doświadczenie wojskowe, jak i cele, dla osiągnięcia których nie tylko utrzymywali wojsko, ale i wysyłali je poza granice Tybetu.

Ofiary z ludzi w buddyzmie współczesnym zaprzeczają chyba tylko wyidealizowanym europejskim wyobrażeniom na jego temat, nie zaś historii samego buddyzmu.
W swojej historii chrześcijanie przelali zapewne nie mniej krwi niż buddyści. Ale nigdy krew ta nie była rytualna. I dlatego kościelne życie, przepełnione szarością, nudą oraz grzeszkami duchowieństwa i świeckich, w scholastycznym spokoju poszukujące odpowiedzi na swoje problemy, jest wyraźnie lepsze od wariackiego płomienia, który rozpala weteranów „kontaktów z Kosmicznym Rozumem”.

Ten świat pogańskich ofiar był dobrze znany ludziom Biblii. Nie wszyscy poganie składali ofiary z ludzi. Na przykład nienawiść Rzymian do Kartaginy można wyjaśnić także ich sprzeciwem wobec ofiar z ludzi, składanych przez Afrykańczyków.31 Obrzydzenie biblijnych proroków wobec pogaństwa staje się zrozumiałe na tle kananejskich praktyk palenia niemowląt na chwałę Baalowi. Radykalne wyrzeczenie się „dziedzictwa antycznego świata” przez pierwszych chrześcijan także staje się jasne, jeśli przypomnimy sobie, że w głębi tego „dziedzictwa” spływa ludzka krew.321 fakt, że pomniki Peruna wrzucono do Dniepru, przestanie być nazywany „zniszczeniem kulturalnych pamiątek ojczystej przeszłości”, jeśli przypomnimy sobie, że jeszcze kilka lat przed chrztem Rusi składano Perunowi ofiary z chrześcijan.

(…)

Fragment wizyty Metropolity Cyryla - obecnego Patriarchy, u buddystów.

20080229-skyburial1-300x206

Popularna forma pogrzebu “po buddyjsku”

2.20080229-sky-30588-fighting-over-it-again-0-rotem-300x225

Źródło: http://wiadomosci.monasterujkowice.pl/?p=777

Icons by N.Design Studio. Designed By Ben Swift. Powered by WordPress
RSS Zaloguj